Wojna pomiędzy Kaedwen, Aedirn właśnie się skończyła. Na pobojowiskach trup ścieli się gęsto. Trupożery wychodzą na biesiadę. Dezerterzy chowają po lasach i wykrotach. Nastał niebezpieczny czas - nikt nie może być pewien jutra. Generalicja Aedirn chce uniknąć kolejnego zbrojnego konfliktu. Małe drużyny mają wedrzeć się na teren wroga i odzyskać utracone dobra, dokonać zamachów, stworzyć zamieszanie w szeregach nowo formujących się posterunków. Granica ma zawrzeć, ale po cichu...
piątek, 31 lipca 2015
Dolina Pontaru, dnia 28 lipnia 1273 roku: "Obranki, sranki"
Drużyna obrała swojego dowódce, ustaliła co dalej. Słowa Rayli pokierowały ich w stronę wsi Obranki, gdzie doszło do jawnej prowokacji. Lojalni królowi Demawenda zostali przegnali bądź ubici cepami. Na ich miejsce przyszli żołnierze świni północy - bo tak, nie inaczej określano władce wrogiego Kaedwen. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni to raz wojska Henselta najechały spokojnie prosperującą krainę Doline Pontaru. Bardziej umni wiedzieli, że to Aedirn z dawien dawna najechał Dolną Marchię i ją zagarnął - co tłumaczyłoby ciągłe roszczenia o ten "kawałek ziemi". Nie mniej na szali oprócz tego landu, były duma i uprzedzenia obu władców - ewidentnie siebie nie trawiących. Ich waśnie przekładały się na śmierć tysięcy żołnierzy. Wrogie relacje, ciągłe napięcia i co było w tym najgorsze, umacniało pozycję Cesarstwa na szachownicy przyszłości.
Rayla podążyła w stronę Vergen, gdzie jakoby dochodziło do wrogich wobec Aedirn prowokacji. Co ciekawe nie było to spowodowane chrumkaniem starej, brodatej świni północy. Co bardziej umni wiedzieli co dziać się zaczęło w kontrowersyjnej okolicy Vergen. Plotki o kraju bez uprzedzeń. Raju dla wszelkich nieludzi, którzy w spokoju będą mogli prosperować i żyć z dala od wrogich uprzedzeń. Bardziej wnikliwi wiedzieli kto podburza tłum, a była nią młoda niewiasta, o której wieść wśród ludu tanecznego się rozeszła. Jakoby samojedna smoka złowrogiego ubiła. Ludzie i nieludzie szli za nią, jak gdyby za symbolem swoich racji... ale to już kwestia owej Rayli, kapitana służb specjalnych w armii Demawenda.
Pogoda jak gdyby złośliwy demon, nie ustępowała w żadnym calu. Wiatr dął potępieńczo, wzruszając korony drzew, szarpiąc krzewy, oblicza idących do Obranek żołnierzy. W połączeniu z ulewnym deszczem, wszędobylskim błotem i kałużami - cóż rzec więcej, buty i onuce wymagały porządnego suszenia, a te pierwsze i woskowania. Szli tedy, przemierzali kraj jeszcze nie dawno świadkiem bitew będący. Poruszali się powoli, to przez żywioły złe, korzenie się pod nogami plączące, to z powodu ogólnej tragicznej w jakości drogi. W końcu jednak dokonali tego, co zamierzyli. Każda z trzech grup, na jakie się podzielili, miała przed sobą obraz wsi. Patrząc na wymiar ogólny chciałoby się rzec, że był to widok iście wymarzony. Nic bardziej mylnego. Osada Obranki wyglądała jak obraz ich duszy - szara i posępna. W jej centrum była jedna większa, podłużna chata, skąd kominem uchodził dym. Zza przymkniętych okiennic sączyło się leniwe, słabe światło. W niewielkiej od niej odległości były trzy wyspy domostw. Każda jedna z zagrodą, niewielką obórką i ziemianką obok, kawałek dalej latrynki woniejące okropnie - słodka Libusze. Domostwa wyglądały na wymarłe, zamknięte okna, drzwi, cisza i brak światła. Jedynie z środkowej chaty dobiegały ledwie, a ledwie słyszalne głosy. Wiele ludzi rozmawiało tam ze sobą. Mogła to być jakaś oberża, czy coś w podobie. Obranki były pierwotnie przyczółkiem dla pracujących na wyrębie ludzi. Później rozszerzono działalność o dodatkowe zbieractwo i zapewne - ostatnio - szabrownictwo.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
- Powoli zanurzmy się w osadzie, rozejrzyjmy dobrze - otrzepał się z wilgoci jak gdyby pies, co przemoknięty do suchej nitki, wytrząsł tyle ile tylko mógł z siebie. Splunął i wydmuchał o palce nos.
OdpowiedzUsuń- Iście pod psem pogoda - rzekł z żalem. - Nieważne, praca czeka. Broń chowaj. Do tej dużej chaty zajdźmy. Jakby pytali, to konie padły nam w drodze. Nie siadamy w kącie - dodał trzeźwo. - W kącie uwagę przyciągniemy jako ci, co ukryć coś chcą. Obcesowo na środku, albo przy kontuarze jeżeli taki będzie. Zamawiamy jadła, dużo jadła i napitku - mówił rzeczowo, bacznie się rozglądając. Jako wojak szukał czegokolwiek, co mogło w godzinę próby dać mu przewagę nad jego przeciwnikiem.
Idziecie w stronę centralnej chaty, podłużnej i dużo większej od pozostałych. W miarę jak się zbliżacie słyszycie dobiegające z wnętrza głosy - to dziesiątki osób rozmawiają ze sobą. Widomie wszyscy zeszli się tu dla ucztowania - może jest jakaś okazja, a może to zwyczajność tutaj, w tym zapomnianym przez innych miejscu?
OdpowiedzUsuńPozostałe dwie drużyny obserwują osadę i widzą, jak dwie sylwetki maszerują w stronę głównego budynku. Poznają w nich swoich towarzyszy.
- No proszę - mówi Milczek. - Widomie zebrali się w jednej chacie i razem jadają, choć z drugiej strony, coś strasznie cicho. Może to strawa?
Aleksander podszedł do drzwi. Czuł delikatną radośc, jak i strach. Strach przed wykryciem.
OdpowiedzUsuń- To jak Mędrku ? Dla mnie troszkę tu upiornie. Za tymi drzwiami wszystko się wyjaśni.
Zapukał do drzwi. Napięcie rosło. Dałby teraz wszystko by znaleźć się w domu.
- Pomocy panie ! Jest że tam kto ? Otwórzcie !!
Wykrzyczał głosem zachrypniętym , pełnym żalu i cierpienia. Czekał na otwarcie wrot......
- Co wy? Oczadzieli? - podchodzi i z mocą napiera na drzwi. Domostwa i może były pozamykane, ale nie oberża, jadalnia czy czymkolwiek to było. Wołanie o pomoc na wsi też nie miało się jak do rzeczywistości. Musieli grać na zwłokę. Może i są ranni, udają takowych, ale w pierwszej kolejności powinni znaleźć miejsce, gdzie odpoczną. Posilą się, napiją i opowiedzą zainteresowanym skąd i dlaczego to - pomyślał o fikcyjnych ranach na ciele. W obliczu wojen, kto by chciał nieść drugiemu pomoc. Prędzej dobiją i zabiorą co bardziej wartościowe. Podobnie pytanie, czy kogokolwiek tam zastali - Przeto słyszymy, że są.
OdpowiedzUsuń- Mości Panie, my nie eleganty tu się działa, nie czeka na otwarcie - i wchodzi do środka...
Wołanie i łomotanie o drzwi zadziałało jak dotyk magicznej różdżki - w chacie zapanowała grobowa cisza. W tej martwocie dało się usłyszeć dźwięk naciąganego mechanizmu spustowego. Ktoś po drugiej stronie rychtował kuszę.
OdpowiedzUsuńDrzwi w istocie były jeno przymknięte. Otworzywszy je poczuli jak uderza w nich fala woni - zapach fasolowej polewki, ludzkiego potu i palonego drewna. W podłużnej izbie, na drewnianej podłodze, stały liczne ławy i stoły. Na nich to siedzieli to obok nich stali przedstawiciele lokalnego folkloru - ludzie pracy. Było ich blisko trzydzieścioro, w tym kobiety i podrosłe już młokosy. Mniej więcej na środku stoi palenisko. Ogień ociepla izbę, daje światło i lekko zagłusza inne zapachy. Nie dostrzegali tego, kto przyszykował kuszę, zauważyli jednak, że niemal przy każdym stole stoją oparte siekiery to szpadle. Na krótszym boku znajduje się niewielki kontuar, acz duża kuchnia. Pucołowata kobieta przygląda się tym co weszli.
Mężczyzna wchodzi do środka, ogląda się po ludziach, ale nie waży się patrzeć nikomu w oczu - jawna prowokacja to bardzo, ale to bardzo złe rozwiązanie. Skina głową w kierunku ogółu, unosi lekko płaszcz i pokazuje u boku broń na znak, że nie ma wrogich zamiarów. Idzie w stronę pucołowatej kobiety, zdejmuje wierzchni pas wraz z mieczem i kaletkę, którą to zatrzymuje przy sobie.
OdpowiedzUsuń- Witajcie, dobra kobieto - mówi spokojnie. - Upraszam o wybaczenie szanowne towarzystwo. Nie chcielim robić rabanu, ot towarzysz zasłabł i przyszło mu zastukać do drzwi, niechajcie go, niechajcie i nas - rzekł nieco głośniej, aby znajdujący się bliżej usłyszeli każde padające w rozmowie słowo.
- Proszę, weźcie w depozyt ten miecz, tą tarczę - tembr jego głosu jest rzeczowy, jak gdyby robił to codziennie. - Znam li obyczaj gościny i upraszam o napitek, a po napitku upraszam o jadło - obejrzał się na towarzysza. - Macie tu kiego cyrulika, jakiego wróża, kogoś co na ziołach się zna?
Kruk wchodząc do środka czul nienawiść ludzi znajdujących się w środku. Był odludkiem , dlatego wejście w tłum przyspożyło mu kłopotu. Zdjął przemoknięty płaszcz, ukłonił się i powiedział:
OdpowiedzUsuń- Wybaczcie za to zamieszanie, pani. Ale my zmęczeni. Nie mamy złych zamiarów. O nocleg byśmy chcieli też prosić, nawet w stajni , by przeto dobytek wysuszyć.
Był naprawdę zmęczony. Wskazał na towarzysza mówiąc
- To moj przyjaciel zwany Mędriem , a ja jestem Kruk. Znajdzie się, pani, przeto dla nas miejsce przy stole ?
- Weźmiem, weźmiem, skoro dajecie... - mówi pucołowata i przejmuje pas z bronią, tarczą, odkłada za ladą i wraca do rozmówcy - ...weźmiem i będzie bezpieczne. Nie uchybi waści nikt. Z obyczajem się znacie, miejcie tedy, naści tu napitek. Dla towarzysza tyż. Macie i pijcie... Ław i stołów ci u nas dostatek. Wiele za wiele. Siądźcie, gdzie wam wola, a o nocleg... my tu stajni nie posiadam. Konie jak już, to na uwiąz i na polanę. Możem przenocować was na górze, na poddaszu.
OdpowiedzUsuń- Skąd przychodzicie? - pada pytanie, to jeden z miejscowych podchodzi. Za nim w sile trzech ludzi, szły jego argumenty i pewność siebie. Wyglądał na prostego człeka, takiego co każdego ranka wstaje i idzie do pracy, a wieczorem siada z przyjaciołmi co by przy piwie przegadać resztę wieczoru.
- Wyście nasi, czy... - zagadnął drugi jegomość, niewysoki i barczysty, o szlachetnie garbatym nosie i bystrych, niebieskich oczach.
-No to czekamy - stwierdził Liam, siadając pod sosną, sięgając po jakieś szyszki i celując nimi w pobliskie drzewo. Ewidentnie się nudził, ale cóż, musieli dać pierwszemu zespołowi czas na zrobienie dobrego wrażenia, czy czymkolwiek się teraz zajmują. W pewnym momencie po raz pierwszy usłyszał głos współtowarzysza, z wrażenia aż spudłował i podniósł głowę, wpatrując się w tamtego badawczo.
OdpowiedzUsuń-O proszę, to jednak mówisz - stwierdził z uśmiechem. -Wybornie, to może opowiesz coś o sobie, skoro na razie nigdzie się nie ruszamy?
- Może być i poddasze, dzięki wielkie za poczęstunek i za trunek - odstawił kubek świadom, że teraz broni ich prawo gościny. Stare jak świat i ustanowione przez pierwszych ludzi. Nigdy nie spisane, acz obowiązujące wszędzie tam, gdzie człek postawi dom. - Chodź no, siądziem bliżej ognia, wysuszym odzienie.
OdpowiedzUsuń- Mościa Panno - zwrócił się raz jeszcze do gospodarzowej. - Jadło weźmiem ze sobą, a tu naści macie manierki, moją i mojego towarzysza. Napełnicie ją gorzałką. Droga długa, nie wiada co się wydarzy.
- Skąd przychodzimy? - Zwrócił się do pytającego. - Ze wschodu, zza lasów. Podróżujem przez kraj szukając ratunku od wojny. Idziem dalej na zachód. Oczekują nas w Vergen, skąd ruszamy dalej... kto wie... może Temeria?
Usiadł przy ognisku, chwilę mocował się z zapięciami, zdjął buty, płaszcz, przeszywanice. Wszystko ułożył tak, aby nie zajęło się ogniem, acz aby w miarę możliwości wyschło od wilgoci.
- Ot co za ulga. Cóż za jadło. Z dawien dawna nic lepszego w gębie nie miał - zwrócił się do lokalnego folkloru. - Jakie wieści u was? Niepokoje? Słyszelim, że to gwałtowna okolica. Jacy nasi czy insi? - odszczekał. - Jam ci Fabionus de'le Velememłynen. Kim jestem? Jestem tym kim jestem, a skoro jestem tu, z wami, to jestem wasz nie inszy.
Mężczyzna badawczo rozejrzał się po okolicy. Zmrużył oczy chcąc lepiej, ostrzej widzieć.
OdpowiedzUsuń- Weszli do obejścia - mówi. - Dajmy im chwilę, jeżeli nie wyjdą to znak, że już nie żyją. Ja... cóż, jestem jaki jestem. Człowiek z krwi i kości jako i wy. Pochodzę z Cidaris i jestem żołnierzem w armii Demawenda, a to dlatego, że upatruję tu szansy na swój rozwój. Jak to jest z tobą? Ryvia to specyficzna kraina. Powiadają, że lepkość rąk jest tam czymś zwyczajna. W tobie jednakoż widzę zacnego człeka. Jak to się stało, żeś tu, do armii wstąpił?
---
Kilkoro tubylców przysiadło się w pobliżu gości, widomie ciekawi tego co mają do powiedzenia. Już po chwili dało się wymiarkować, że ludzie są zastraszeni. Lękają się wojny i sami, nie indagowani opowiadają o bitkach jakie miały tu miejsce. Wojacy marli utopieni w bagnach. Na mokradła wyszły straszydła. Trupojady polują na każdego kto je zoczy. Coś okropnego. Zawsze wojna przynosi okropne konsekwencje.
Gadkę o pochodzeniu i drodze, wiele zmiennych spowodowały, że miejscowi łyknęli opowieść. Kiwali głową i odradzali drogę na zachód. Plotki przyszły i tu w postaci człeka imieniem Noistrich - jak się okazało bym nim ten sam garbonos o niebieskich oczach, który wcześniej pytał o waszą przynależność.
- Nigdym nie słyszał o żadnym Velememe... o żadnym takim nazwisku. Skąd jesteście? - dopytuje niebieskooki. - Nie jest aby tak, żeście są prowokatorzy. Dezerterzy jacyś. Laufery idącego w tą stronę oddziału? Czyjego?
-Zaraz nie żyją, może po prostu tutejsi ich ugoszczą, w końcu święte prawo gościnności i tak dalej... - zaoponował, choć nie brzmiał jakby był w pełni o tym przekonany... -Jeśli dobrą historię opowiedzą to nic im nie będzie. Zastanówmy się raczej, co my powiemy. -Zaproponował, przerywając rzucanie szyszkami w pień drzewa. Rozsiadł się wygodniej i odpowiedział.
OdpowiedzUsuń-Cidaris? Nigdy nie widziałem morza, to podobno niezapomniane przeżycie... No ale dla Ciebie było pewnie nudne, dzień za dniem oglądać zwały wody, skoro wybrałeś inne życie -stwierdził, -Jeśli szukasz rozwoju to dobrze trafiłeś, podczas ostatniej wojny odziały specjalne zostały prawie całkowicie zniszczone i teraz Demawend odbudowuje je na nowo. Rayla, ta kobieta, która przydzieliła nam zadania, to jedna z niewielu weteranów, którzy nie tylko przeżyli, ale i służą nadal. -W jego głosie brzmiał niekłamany podziw. -Już wtedy była kapitanem, jako jedyna przeżyła, bo mieli za zadanie chronić uchodzących cywili i tabory. Wiewiórki ją schwytały, to one obcięły jej rękę, podobno dlatego, że nie chciała rzucić miecza... Zabiliby ją, ale została wymieniona za jakiegoś nilfgaardzkiego ważniaka, który dostał się do niewoli. -Wyjaśnił. -Pochodzi z Lyrii, to prawie jakby była moją krajanką -dodał z dumą. Stwierdzenie o rivskiej lepkości palców przemilczał, jakby już miał dość zaprzeczania, albo przyzwyczaił się, że nie odpuszczą, ale wiedział, że kolejne zaprzeczanie niczego nie da. - Czarni zabili mi ojca. Pod Sodden. Ponoć towarzysze z oddziału rozpoznali go tylko po butach... -opowiadał dalej, choć z lekkim oporem - Matka po tym wydarzeniu trochę... powiedzmy, że nie przyjęła tego dobrze - zakończył kulawo. -Nie bardzo chciałem siedzieć z nią w domu, to strasznie męczyło i mnie, i ją, a że akurat królowa Maeve zrobiła nowy zaciąg, żeby uzupełnić straty, to udało mi się zaczepić. Niby wojna się skończyła, ale każdy wiedział, że cesarz nie odpuści, więc perspektywa pracy i awansu była całkiem realna. No a potem przyszła druga wojna, większość z naszych, połączonych wojsk rivijsko-lyrijskich i tych z Aedirn została odcięta w fortach, a resztę rozgromili. Mieli przewagę liczebną, ciężką kawalerię i... miałem szczęście, że przeżyłem. Później razem z gerylasami robiliśmy co w naszej mocy, żeby uprzykrzyć czarnym życie. Po wojnie wróciłem do Rivii, miałem nadzieję, że znajdę sobie jakąś miłą dziewczynę i przejmę dworek ojca, niestety los chciał inaczej, więc musiałem wrócić do tego, na czym znam się najlepiej. -Zaśmiał się sucho, lekko drwiąco. -Czy też raczej do jedynego, na czym się chociaż trochę wyznaję.
- Żadni dezeterzy- odpowiedział zancząco.
OdpowiedzUsuń- Nasz oddział został całkowicie rozbity. Jesteśmy zmęczeni i ranni . Nie wiemy czy ktokolwiek jeszcze przeżył.....
W jego głosie słychać było potężny smutek . Tak jak gdyby stracił swoją rodzinę .
- Wracamy w głąb kraju . Musimy wyleczyć rany i dojść do siebie . Potem przegrupujemy się w jakiś odział by wrócić na front oraz zdać raport z walk.... My swoi jesteśmy , panie , więc spóśćmy trochę z tonu .... A teraz do dna ! Wasze zdrowie przyjaciele !!
Wymówił głośniejszym tonem unosząc kubeł w górę....
Wolfgang przycupnął obok jakowegoś krzaka na krawędzi lasu i bacznie obserwował wioskę. Na okrzyk lekko się uniósł, ale nie słysząc odgłosów klasycznego chłopskiego stylu obrony inwentarza spokojnie wrócił do poprzedniej pozycji.
OdpowiedzUsuń- co tam śliski, cesarza czy cesarzową zgubiliście, że się po Kaedwen włóczysz? Z doświadczeniem w dyplomacji powinieneś w Ban Ard albo w stolicy którejś się upijać w ciepełku i snuć wizje wielkiej nacji.
Wyciągnął z sakiewki niedokończony kawałek suszonego mięsa i ponownie się nim zajął z wyraźnym zainteresowaniem.
Gdyby nie to że Mortis zobowiązał się wykonać zadanie, i je wypełni choćby nie wiadomo co się działo, zażądałby satysfakcji od tego Riva, obiecał sobie że będzie dobrym kompanem ma zadanie i je wypełni.
OdpowiedzUsuń- Wojna się skończyła, jeśli Pan chce się mścić na "czarnych" - tu zrobił cudzysłów palcami - to proszę sobie uświadomić że wojna z Cesarstwem Południa a kto wie czy kiedyś nie i Północy się skończyła i że ma Pan w oddziale Nilfgaardczyka, obiecałem lojalność i dopełnię obietnicy - zbliżył się do Riva bardzo blisko. - Nie umiecie i tak skorzystać ze zwycięstwa, gdzie się podział wasz sojusz? Pobiliście nas pod Sodden, chwalebne zwycięstwo wielkiej koalicji - uśmiechnął się Nilfgaardczyk - gdzie to teraz jest? Dla złagodzenia atmosfery wnoszę o zmianę tematu - odstąpił od Riva tak szybko jak do niego podszedł.
Zorientował się że Wolfgang zadał mu pytanie, odwrócił się więc w kierunku rosłego mężczyzny.
- Emhyr var Emreis, Deithwen Addan yn Carn aep Morvudd - celowo użył starszej mowy, uprzednio dyskretnie rozglądając się czy aby nikogo niepożądanego nie ma w pobliżu - Aż tak tęskno wam do Cesarstwa ? Do złotego słońca na gobelinach i tarczach? - uniósł brew - Jestem mile zaskoczony - uśmiechnął się, nie zamierzał go oczywiście urazić. - Jestem tu bo mam zadanie a im dalej od króla Henselta tym lepiej - burknął - poza tym Kaedven nie jest państwem które mnie martwi, jeśli mamy rozwinąć dyskusje polityczną obawiałbym się raczej Redanii, młody król chorobliwie ambitny zbiera armię i stawia coraz to nowe fortyfikacje, mi osobiście wojna przeszkadza w interesach, ale czasami warto upuścić złej krwi - uśmiechnął się jak grabarz który dostał monopol na trumny dla sporej ilości "klienteli" co wyszło dość groteskowo w połączeniu z jego bladą karnacją, sięgnął po kawałek swojego prowiantu, jeśli liczyli że skrzywi się i zapłacze za pięknym stołem to się surowo mylili, pokazał właśnie jak szybko można przejść z tematu grozy, śmierci, piekła wojny to spokojnej konsumpcji posiłku.
Wolfgang spojrzał z lekko przechyloną głową na Calevana, który pewnikiem znalazł się w danym momencie w jakimś bardzo ważnym miejscu i jednocześnie negocjował z kilkoma alter ego.
OdpowiedzUsuńZnał bardzo dobrze podobne zachowania. Popularnie zwane syndromem pierdolnięcia w hełm tudzież popierdoleniem morgenszternowym.
Obserwował go tak jak kot patrzy na większość szaleństw wyczynianych przez karmiących.
Nie planował nawiązywać rozmowy, czekał na ich moment wyruszenia.
Szkoda było przerywać liczenie za pomocą wierszyków. Niektóre były dość ciekawe. Kiedyś znajdował wypisane zwrotki na ludziach przybitych do drzwi chat w rewirze działań pewnej grupy Wiewiórek. Pismo było ładne, czytelne i zgrabnie kreślone na skórze ludzi albo na brzozowych pasach kory.
"Raz głupie dhoine poszło w knieje
wlazło w pułapkę a obok elf się śmieje
z litości jeno rany miodem mu zalepił
i poszedł sobie gdyż niedźwiedź się przyczepił
od tego czasu elf z niedzwiedziem w zgodzie
a majstersztykiem ludzina w miodzie"
Wtedy może i nie było to ani ładne ani miłe, ale jak już ten czas minął to świadomość walki ludzi z ludźmi wogóle go nie ruszała.
Uśmiechnął się, i kontynuował liczenie aby w miarę na czas wyruszyć jako ostatnia grupa.
W gospodzie zapanowała martwa cisza. Po zasłyszeniu rewelacji i słów kluczowych jak "dezerterzy", "oddział" czy "pobici", "front", lokalny folklor momentalnie stał się mniej przyjazny wobec nieznajomych. Widać mało się wyznający kto, kogo dokładnie w danym momencie bije, spojrzeli po sobie, a dokładnie na dwóch - zdałoby się - hersztów. Jednym był niebieskooki garbonos, drugim stary jegomość siedzący po drugiej stronie paleniska. Ogorzały i kudłaty prawie po same oczy. Wyglądał iście dziko, jak gdyby człowiek lasu - w rzeczywistości brygadzista lokalnej grupy drwali.
OdpowiedzUsuń- Raz mówicie jedno... - ciągnął niski i barczysty, a w jego oczach pojawiło się coś złego. - ...raz mówicie drugie. Pierwej ludzie praktyczni, teraz wojacy chcący się przegrupować. Pobici mówicie, a z kim to wam przyszło się bić, kto waszym dowódcą i do jakiej chorągwi należycie?
- Niechajcie ich... - mówi ten drugi. - Co chcecie osiągnąć? Niech zejdzie tu ten oddział, obaczym czy są tacy straszni. Jeśli tak, to zatłuczemy na miejscu. Jeśli nie, to puścim ich dalej.
- Broń zdał - wskazała na Nolana. Gospodarzowa przysiadła się obok i patrzyła uważnie. - Gadajcie coście za jedni. Przecie was nie zjemy - zaśmiała się nieszczerze. - Swoi to znaczy... komu posłuszni?
Mężczyzna nie uniósł kubka do toastu, nie mówił nic jeno patrzył w ogień i trawił słowa dopiero co zasłyszane.
OdpowiedzUsuń- Jakem rzekł, jam ci Fabionus, a ten oto tu to mój pachołek, niechajcie go - mówi poważnie. - Toć jego ambicją jest w wojsku służyć, sam jeno nie wie w jakim, ale bitny wielce. Sam gadał, że wcześniej w rekonesansach działał. Wziąłem go tedy co by w drodze na zachód było z kim pogadać. Żałuję teraz, że to nie jaka dupa. Bo to, jak rozumiecie, z dziewką wygodniej podróżować. Nie ckni się tak bardzo.
- Fakt - kontynuuje już bardziej swobodnie. - Umówiłem się i z innymi. Mieli być tu i czekać nas, ale jakem się rozeznał nie widu, ani nie słychu o nich. Pewnikiem towarzysze moi też obstawę sobie jaką przygotowali. Niechajcie tedy i dajcie pokój. Przybędą pewnie zaraz.
- Zachęcam wtem do zabawy, w naśladownictwo - wypił zawartość swojego kubka. - Dobra kobieto, jeszcze kwaterkę szczęścia, dla mnie i dla wszystkich. Zapraszam do zabawy, a szczególnie młodzieży. Kto zahuka jak sowa? Zagrzmi niczym niedźwiedź? Ty? Ty? Ja zaczynam! Uhhh, psiajucha mocna, aż w oczy pali. Dobrze. Słuchajcie i baczcie, co to za zwierzę.
Łyknął gorzałki, odchylił się do tyłu i zawył przeciągle, głośno iście wilk prawdziwy.
Usiadł obok i przyglądał się osadzie. Słuchał uważnie swojego towarzysza. Nie chciał go urazić, ale zrozumiał swoją gafę. Nic tedy, siedział i słuchał, i głową kiwał.
OdpowiedzUsuń- Cidaris to kraina wielkiego tłoku i wiecznego zapachu ni to szlamu, ni to ryb, ni to innego nienazwanego gówna - zareplikował na wzmiankę o krainie skąd pochodzi. - Jest to domena ni jak nie sprzyjająca patriotycznym działaniom. Tam każdy z przybyłych ważniejszy od krajana.
- Pod Sodden każdy stracił kawałek siebie. Tak myślę, że wszyscy ludzie północy mieli tam swoich krewnych co przelewali krew i ginęli w obronie północy. Lękam się, że brak zgody wśród monarchów do słabości doprowadzi nasze armie. Boje się, że nim się obrócę czarni ponownie Jarugę przekroczą. Nie wiem, kto wówczas stanie im na drodze.
---
Ludzie nasłuchiwali, jedni głową kiwali inni wręcz przeciwnie. W szczególności niebieskooki mężczyzna patrzył na was wilkiem. Drugi z hersztów widocznie był kontent z tego co usłyszał.
- Jest ci to jakaś możliwość - rzecze i w paznokciach grzebie. - Prawda taka, że powiedzieć nam wszystko możecie. My nie są proste ludy. Nam bajdy nie sprzedacie. Sam ongiś w wojsku bywał i przelewał krew. Ci ludzie - wskazał zamaszyście. - Jeszcze do niedawna posłuszni byli królowi Demawendowi. Przegnali my żołnierzy chcąc ratować nasze pociechy. Później przyszli z północy, świnie Henselta.
- Te również przegnaliśmy - odpowiada jadowicie garbonos. - Jeśli myślicie, jeżeli myślicie że myśmy są zdrajcy toście w wielkim błędzie są, bowiem to nas pierwej zdradzono!
- Pax - mówi poprzednik i zrazu daje się poznać jako ktoś bardziej bywały niżeli mogło to wynikać z pierwszego wrażenia. - Chcemy iść na zachód. Sami widzicie jak nas tu niewielu. Już część uszła i poszła w swoją stronę. Sami dzisiaj wybywać będziem. Ludzie w domostwach przygotowane mają pakunki na drogę, jeno wyście tu zaszli.
- Zaczekajmy tedy i sprawdźmy, czy prawdę rzeczą - wtrąca Noistrich.
Do zabawy młodzież z początku nie była skora, ale kilkoro młodzianów wzięło w niej udział.
---
Dało się słyszeć przeciągłe wycie wilka.
-Wielki tłok i wielki smród, powiadasz? -zaśmiał się niegłośno -Ale też wielka flota, sławna na całym kontynencie, chociażby z tego możecie być dumni. Ale rozumiem, że można chcieć opuścić miejsce, gdzie się urodziło, bardzo dobrze rozumiem... Ale jak to się stało, żeś akurat na służbie Demawenda wylądował? -spytał z ciekawością, najwyraźniej dość mając poprzedniej ciszy. -U mnie to naturalne, Aedirn i Lyria z Rivią zawsze w sojuszu były, ale dlaczego Cidaryjczyk nie wybrał jakiegoś sławniejszego miejsca, skoro estymy mu brakowało? Temerii, czy Redanii chociażby? Kovir i Poviss chętnie by kogoś z żeglarskiego kraju powitały, Skellige tak samo. Nie mówiąc nawet o tym, że na arenie polityki nawet Kaedwen stoi wyżej w notowaniach, a Ty wybrałeś nas. Dlaczego? -ton głosu nie był groźbą, Riv zdawał się szczerze zainteresowany odpowiedzią towarzysza. Nie dało się też znaleźć w głosie poprzedniej niechęci, jaką prezentował wobec Nilfgaardczyka.
OdpowiedzUsuń-Masz rację, pod Sodden, pod Brenną, w rzezi Cintry, pod Aldersbergiem, po zdobyciu Vengerbergu, pod Mariborem - monotonna wyliczanka zdradziła, że Liam zna się nie tylko na machaniu mieczem, ale i na historii wojskowości i to całkiem niezgorzej. -wszędzie tam, gdzie północni i cesarscy stanęli przeciwko sobie. Wtedy potrafiliśmy się zjednoczyć, no przynajmniej pod koniec, kiedy wróg zagroził tym, którzy się z nim wcześniej układali -sarknął, ewidentnie pijąc do rozbioru Aedirn, którego pokłosiem była ich dzisiejsza sytuacja. -To jedno trzeba czarnym przyznać -dodał, z lekką, leciutką nutką szacunku -potrafią się trzymać razem i chyba to stoi za ich sukcesami.
Dalszy wywód przerwało im wycie wilka, dochodzące jednak nie z lasu, a ewidentnie z centrum wioski.
-To chyba znak dla nas, jak myślisz? -Liam podniósł się, otrzepał i popatrzył na towarzysza.
- Wilce wyjo, bydzie chryjo.
OdpowiedzUsuńPomyślał Wolfgang i z ciekawością przyglądał się wiosce w międzyczasie rychtując łuk.
Spokojnie odwinął łęczysko i z papierowej woskowanej tutki wyjął cięciwę i zaczął powolny proces napinania łuku.
Spojrzał się w stronę nilfgaardczyka i konwersacyjnym tonem stwierdził.
- nie uważam, żeby coś nam groziło, ale ten skowyt przypominał owczarka pasterskiego zanim mu wilcy na jajcech zęby zacisną. A że każdy przesąd badam pod kątem zdrowego rozsądku to plując za ramię i stukając w drewno lepiej być gotowym niż ponieść zwycięstwo Coehorna.
Po pewnym czasie zakończył przygotowania i znów przykucnął w deszczu jedynie chroniąc łuczysko przed zawilgotnieniem.
- i znów czekamy. Może teraz jakaś koza zabeczy.
Słuchając obu hersztów Nolan kiwał głową. Zmienił się obraz sytuacji. Skoro lokalny lud ani za Demawendem, ani za Henseltem...
OdpowiedzUsuń- Mówiliście, że na zachód... ale Vergen nam odradzacie. Wiem zaś z pewnych źródeł, że dzieje się tam coś nowego, znaczy, jakieś niepokoje. Wiecie li co więcej na ten temat? - zagadnął jak gdyby od niechcenia. - Adam? - zwrócił się do Kruka. - Wyjdziesz i obaczysz, czy idą nasi?
- Powiadam - zareplikował poważnie nic nie robiąc sobie z cichego śmiechu towarzysza. Liam wiedział, że to gra, że towarzysz również w duchu się śmieje, ale widomie szykował coś jeszcze. - Powiadam i to, że nie wyobrażacie sobie tego smrodu. Imaginuj sobie, że całe miasto i ty sam cuchniesz już mocno zdechłą rybą? Nie wyszorujesz tego. Obetniesz włosy, a to skóra śmierdzi. Spalisz odzienie to się zaczadzisz smrodem. Ot śmierdząca dola, a co do floty... to i może jest wielka, ale jest li problem. Stare to łajby. Liczebność ich duża, acz wystarczy dobra fregata i połowę z nich zatopisz.
OdpowiedzUsuń- Słyszałem, że w armii Demawenda brat mój siedzi. Pomyślałem więc, że połączę z nim siły. Z dawien dawna byliśmy nierozłączni, ale życie, życiem. Nie mamy nikogo już prócz siebie, a ja sam człek, który wciąż szuka swojego miejsca. Czemu więc nie Aedirn? Radowit w Redanii zda mi się wielkim politykiem, ale i gwałtownikiem. Nie jestem szczególnie tolerancyjny, ale nie sposób mi obojętnie przejść... przy paleniu nieludzi i innych. Kovir i Povis dla mnie za daleko. Nie miałem tyle środków, aby w tak daleką podróż ruszyć. Tym bardziej, że kilkoro mogłoby powitać mnie rózgą w tamtych stronach. Przez Temerię wędrowałem i choć to piękny kraj, postanowiłem spróbować jeszcze Aedirn. Kaedwen to kocioł. Dzieje się tam wiele złego. Za wiele, jak dla mnie.
Słuchał dalszego wywodu i głową kiwał. Zgadzał się, że armia cesarstwa to ordunek i wzorowe wojsko. Wtem wycie przecięło ich rozmowę.
- Zdecydowanie, to znak dla nas. Chodźmy!
---
Moment później jesteście już na miejscu. Z wnętrza daje się słyszeć rozmowy to jakąś dźwięczną zabawę w naśladownictwo. Ktoś wydał dźwięk okropny i przerażający, niby szalony i upity gorzałką tur.
- Ki diabeł! - czyiś głos.
- Byk! - replikuje inny.
- Byk?! Czyś ty kiedy byka na oczy widział?! Słyszał?!
- Nie... a to nie było podobne?
- Nie!
-Wchodzimy? - szepnął Liam do towarzysza, a widząc jego potakujące skinięcie głową bez wahania otworzył drzwi. Skoro zabawa się tam odbywała jakowaś to morderczych zamiarów można się było nie obawiać.
OdpowiedzUsuń-Czołem dobrzy lu... -przerwał powitanie, widząc członków oddziału w centrum zamieszania -Kruk! Medręk! -zawrzasnął radośnie - żyjecie, niecnoty! -uśmiechnął się szeroko, całym sobą demonstrując niefrasobliwą radość ze spotkania znajomych. Ot, jak człowiek, który nie ma nic do ukrycia, a szczerze się jeno cieszy ujrzawszy znane twarze w tłumie obcych.
Wchodząc w istocie wszedł - jakby to rzec - w swoistą zupę nastrojów. Jedne bojowe, inne zgoła radosne. Kilkoro najmłodszych bawiło się z Mędrkiem w naśladownictwo - całkiem udatne.
OdpowiedzUsuń- To są ci wasi... towarzysze, ci z którymi spotkać się mieliście? - pyta niski, niebieskooki garbonos.
- Zapewne oni - wstaje wysoki mąż zarośnięty, aż po oczy.
Liam i jego towarzysz zorientowali się, że wśród ciżby jest paru ludzi z kuszami. Przy niemal każdym stole oparte były to siekiery, to łopaty czy kilofy. Stara baba zrzucała z poddasza, w ręce paru chłopów, pakunki i plecaki - pewnie podróżne.
- Ktoście wy i dokąd wam droga? - zapytuje niebieskooki, a tembr jego głosu brzmi jak groźba.
-Witajcie dobrzy ludzie -Liam przywitał się jak obyczaj karze, z uśmiechem i lekkim skinieniem głowy, jakby nie zauważając groźby w głosie garbonosa. -Czy znajdzie się tu miejsce dla jeszcze dwóch zdrożonych wędrowców, aby noc spędzić mogli w lepszych warunkach niż pod mokrym drzewem? -zapytał, patrząc to na niebieskookiego to na zarośniętego. -Zapłacimy oczywiście takoż za miejsce, jak i za posiłek, żadni z nas żebracy, albo włóczędzy, uczciwi podróżni. -uśmiechał się cały czas, pod koniec mówienia spojrzawszy jednak w stronę swoich towarzyszy, jakby mając nadzieję, że odezwą się teraz i powiedzą coś takiego, co jemu i Milczkowi ułatwi ułożenie odpowiedzi, gdyby mieli być dalej indagowani. Zirytowane chłopstwo, zwłaszcza w przewadze liczebnej, to ciężki przeciwnik, nawet jeśli w ścisku nie mogliby broni użyć ze strachu o swoich, to wystarczająco ich było, żeby czwórkę żołnierzy zdusić samą przewagą liczebną.
OdpowiedzUsuń- Tak, to oni - odpowiedział zgodnie z prawdą i przesunął się na ławce, robiąc miejsce swoim towarzyszom. - Siadajcie. Ludzie tu gościnni, ale do drogi się szykujący. Na zachód im droga. Opuszczają te tereny, ale ognia mi i koledze nie pożałowali. Jadło dają dobre, przepalanka też niczego sobie.
OdpowiedzUsuńCzekał, aż usiądzie. Nie oglądał się na ludzi. Nie chciał budzić ich podejrzeń.
- Powiedziałem, a raczej powiedzieliśmy im prawdę - rzucił okiem na Kruka i kontynuował.
- Pierwej gadałem, że do Vergen idziem i tam z wami się spotkać mamy. Później jednak przypomniał mi - ruchem podbródka wskazał towarzysza. - Przypomniał, że z wami pierw tutaj się widzim... ale nie w komplecie widzę, że jesteście. Gdzie reszta?
Liam wysłuchał wyjaśnienia Nolana i usiadł na wskazanym miejscu tak, aby i Milczek się zmieścił. Broni nie odłożył, ale też nie czynił w jej stronę żadnych gestów, dłonie trzymając na stole, doskonale widoczne. Całym sobą pozował na nonszalanckiego i nieprzejmującego się niczym, jak to osoba, która nie musi niczego ukrywać.
OdpowiedzUsuń-Problemy mieliśmy -wyjaśnił krótko. -Podjazd jakiś, Demawenda sądząc z barw i kierunku z którego nadjechali, nas dopadł i zwiewając musieliśmy się rozdzielić. Mam nadzieję, że wszystkim się udało -skrzywił się, łapiąc za zranione ramię.
-Znajdzie się coś do zjedzenia i wypicia, dobrzy ludzie? -zwrócił się znów do tych, którzy ich wcześniej indagowali. -Zapłacimy oczywiście -dodał, mocując się z płaszczem, który zdejmował jedną ręką, wyraźnie oszczędzając ranną. Okrycie podał Nolanowi, aby ten rozwiesił je przy ogniu, jako że siedział bliżej.
- dobra Śliski, jak się nic nie wydarzy typu chata kurem zaświeci albo ktoś wyda z siebie głos zdychającego żołdaka, to ruszamy za pacierz.
OdpowiedzUsuńWolfgang zmienił pozycję tak, aby mieć wgląd w stronę oświetlonej chaty i choćby jednego z wejść do pozostałych zabudowań.
Bacznie obserwował w poszukiwaniu oznak paści która miała zaraz się zamknąć, tudzież spóźnionego podjazdu jednej alibo drugiej strony.
Znów zapadł w stan podniesionej percepcji. Wyłaniały się poszczególne budynki i ich szczegóły raziły mocno w oczy. Tu obluzowany skobel przy oknie, tam niedbale odłożone koromysło. Ślady palonego na jednym podwórzu jakiś czas temu ogniska. Ściana z świeżo załataną dziurą wokół której zakwitła rdza.
- tutejsi mają coś na sumieniu, bacz na swoje plecy Śliski. To nie było do końca łagodne przeganianie oddziału tu stacjonującego.
Wypuścił ze świstem powietrze.
Splunął na ziemię i znów wrócił do spokojnej obserwacji okolic wioski.
Ludzie dali im odetchnąć, odpocząć i usiąść. Mieli czas na dojście do siebie i zdjęcie odzienia. Wielkie ognisko przyjemnie prażyło i rozleniwiało. Baba przyszła i podała jadło oraz cienkiego piwa. Było dobrze, bardzo dobrze. Nikt ich nie poganiał. Większość przywykła do obecności obcych i wracali do swoich zajęć, tzn. do rozmów i planowania. Jak się okazało, faktycznie chcieli uchodzić na zachód. Powód?
OdpowiedzUsuń- Jak wiela was jeszcze będzie? - zagadnął ten kosmaty.
- Czy to istotne? - żachnął się niebieskooki. - Ubić ich bo za jedno, czy to świnie Henselta czy króliki Demawenda.
- Jak wiela was będzie? - powtórzył wysoki, zbliżając się do swoich towarzyszy.
Milczek nie rozglądał się, usiadł na wskazanym miejscu. Rozebrał się z płaszcza, rozpiął dublet i wyciągnął stopy ku ognisku.
- Witajcie gospodarze... Kto my? Wy już wiecie, a dokąd wam droga? Dlaczego uchodzicie? Niebawem wojna przeminie. Przeminie czas ognia i topora. Wróci ład i porządek. Z jakiego wy ładu bardziej kontent jesteście? Bo to wam powiem - zwrócił się obszernie, zamaszyście do wszystkich. - Nam po drodze z naszą wolnością i swobodą. Mówicie, szepczecie pomiędzy sobą, że uchodzić chcecie. Może i my zabierzem się z wami? Podzielcie się informacyją, a i my nie będziemy dłużni. Powiemy co i jak, gdzie i dla kogo w tej wojnie.
-Mówiłem już - skrzywił się Liam, bo piwo zaiste cienkie było. Postanowił jednak nie komentować tego faktu, po co robić sobie z tutejszych jeszcze większych wrogów? - nie wiem ilu jeszcze dotrze i czy w ogóle, bo nie wiemy czy udało im się bezpiecznie zwiać podjazdowi. -Popatrzył na niebieskookiego przez dłuższą chwilę - Dziwny z waści człowiek -stwierdził niegłośno - przychodzą podróżni, o nocleg i posiłek jeno proszą, w sprawy wasze się nie pchają, zapłacić chcą -w dłoni bruneta zabłysło kilka monet, wyciągniętych nie wiedzieć kiedy - a waści zamiast się z zarobku cieszyć i z tego, że każdy swoimi sprawami może być zajęty, bez wetkniętego obcego nosa, grozicie, odkądśmy tutaj przybyli. Uchybliiśmy w czymże, że tak nas witacie? -w jego głos wkradł się lekki zawód, zupełnie jakby było mu zwyczajnie przykro, że chłopi, zwykle spokojne i pragmatyczne stworzenia, tak się okazują nierozsądne. -Jeśli was czymś uraziliśmy to przepraszamy, nie było to naszym celem, chcemy jedynie odpocząć w cieple i pod dachem i jutro ruszyć w swoją stronę.
OdpowiedzUsuńWyjaśnienia przerwał mu Milczek. Liam przeczekał jego przemowę, ale po wszystkim zwrócił się do towarzysza, upominając go delikatnie:
-Poniechaj naszych gospodarzy, ich sprawa po co i gdzie wędrować będą chcieli, nie muszą nam się opowiadać, jeśli taka ich wola. Pójdą, gdzie pójdą, a my nie komornicy królewscy, żeby ich wypytywać - dodał jeszcze, mając nadzieję, że uspokoi tym tych najbardziej podejrzliwych i wrogich.
-Zamiast się podejrzliwie nawzajem wypytywać, może zagrajmy partyjkę lub dwie? -zaproponował, chowając pieniądze, a zamiast tego wyjmując komplet drewnianych kości, a zaraz później podniszczoną talię kart.
Calevan spojrzał na swojego rosłego towarzysza, siedzieli tu już trochę w milczeniu a reszta drużyny pewnie już jest w wiosce, czas i na nich, chyba upłynęło wystarczająco dużo czasu, że upłynęło to w milczeniu, przynajmniej ze strony Calevana który siedział cicho jak nildfaardzki podjazd.
OdpowiedzUsuń- No panie Wolfgang, czas chyba na nas - Mortis podniósł "czarny" tyłek i spojrzał na kompana - upłynęło chyba już wystarczająco dużo czasu - spojrzał w kierunku świateł wioski po czym przystąpił do szybkiego sprawdzenia ekwipunku.
Calevan zamyślił się, po czym z odpowiednio aedirnskim akcentem wypowiedział pierwsze lepsze zdanie - no jeśli ci chłopi rozpoznają we mnie Nilfgaardczyka, to ja zmienię zdanie o plebsie królestw północy - roześmiał się.
Wolfgang się lekko skrzywił, po czym wstał.
OdpowiedzUsuńPrzeciągnął się i splunął na ziemię.
Pozbierał swoje manatki i spojrzał się na Calevana.
- no to ruszajmy. I zobaczmy co można powiedzieć o plebsie północnych królestw.
Następnie spokojnym marszowym tempem zaczął zmierzać do chaty w której ktoś zrobił sobie rykowisko.
Oczy przepatrywały okolicę nadal wypatrując zagrożeń, dopiero w wiosce zwolnił do ostrożnego rytmu kroków i niedaleko budynku zatrzymał się czekając na nilfgaardczyka.
Chwilę później razem wkroczyli do środka.
- chłopcy! Jako żyw się cieszę, że was widzę!
Ryknął donośnie, że aż niedźwiedzie w okolicy zaczęły się zastanawiać kto im sen przerywa.
- widzę, że wam też się ujść zdało, oj było krucho było. Gładki? Co ci? Dziabnęli cię skurwiesyny?
Rozejrzał się po gospodarzach. I spokojniejszym już tonem kontynuował.
- nie macie może jakiego obeznanego w leczeniu? Toć się chłop z ręką może pożegnać albo co.
Powęszył w powietrzu ze znastwem i dodał.
- o, jadełko i napitek, ale to po opatrunku, bo zdrowie jako pierwe się liczy, a brzuch pełen zaraz po nim.
Usiadł na zydlu i wyciągnął dłonie do ogniska żeby się ogrzać.
-Żyjecie, nie dopadli Was dranie! - ucieszył się Liam, zrywając z miejsca na powitanie. Kości posypały się przy tym po stole, fartownie, w fulla piątek na trójkach. -Kurwać, martwić się już zaczynaliśmy, czy żyjecie.
OdpowiedzUsuńUsiadł z powrotem, zebrał kości i skrzywił się na wspomnienie rany.
-E tam, draśnięcie tylko, samo przejdzie -zbagatelizował, chociaż Ci, którzy obserwowali go od przybycia tutaj wyraźnie już widzieli, że jak tylko może oszczędza ranną rękę. -Opatrzyłem, nie cieknie, po co na nowo rozgrzebywać?
Calevan wszedł do chaty zaraz za swoim kompanem, zaraz po wejściu w twarz uderzyła go fala ciepła, ogień huczał w kominku, miał nadzieję że język mu się nie poplącze, więc aby zminimalizować takie ryzyko uspokoił się, no w sumie byli w jednej drużynie i nigdy nie sądził że tak ucieszy się na widok Riva. - Witaj druhu - uśmiechnął się do Liama - no udało nam się tutaj dotrzeć - cały czas mówił z aedirnskim akcentem, usiadł przy ogniu by również ogrzać swoje kości - masz rację jak nie sinieje i się rana nie paprze to dobrze jest, no i jak masz czucie w niej to znaczy że dobrze jest, nie ma co rany rozgrzebywać - ogląda jego rękę.
OdpowiedzUsuńWolfgang też się wyszczerzył jak kobyła do jabłka i zagadnął.
OdpowiedzUsuń- chłopcy, a co z Kusym, Biegunkiem, Jarywem? Widziałem jak Lewik i Słoneczko padli pod nawałą ciosów, gdzieś mi mignął jeszcze Czeladnik. Ale tak to nie mam pojęcia. Samiśmy ledwo gaci nie pogubili, kurwać jeno kilka szypów się ostało jak urwałem w sajdak. Znaczy fart, ale łucznikowi zawszeć bez amunicyji wiatr w oczy. Co mam teraz tym kijem muchy napierdalać? No zostało mi kilka, ale to sru-pierdu i kuniec.
Obrócił się w stronę dziewoi, powtórzył swój wyszczerz i tak rzekł.
- pani strawy jakoweś alibo cosik na rozgrzanie mogłaby sprzedać? Grosza możeć i u mnie mało, ale na dobry posiłek mieć powinienem. Jeno nie za mocne, bo mnie lekko poobijali i nie chcę coby mi bardziej we głowie dzwoniło.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńLiam szybko wyrozumiał intencję Wolfganga i odpowiedział zgodnie z nią.
OdpowiedzUsuń-Jaryw pewnie nie żyje, wypierdolił się o jakiś korzeń i go dopadli, próbowałem mu pomóc, wtedy zarobiłem pamiątkę, ale tamtych było więcej, więc wolałem spierdolić, bo inaczej z żadnego z nas nie byłoby już pożytku. -miał tyle przyzwoitości, żeby udać zakłopotanie. -Lubiłem gościa, ale własne życie cenię bardziej, wiesz jak jest... Milczka spotkałem później, a reszty nie widziałem, zajęty byłem trochę ukrywaniem się przed tamtymi. Kusy jak go znam smyrgnął w krzaki i do tej pory w nich siedzi, a Biegunek jak wystartował to pewnie już do Cintry dobiegł, albo do innego Koviru -parsknął krótkim chichotem. -Lepiej żeś dostał w sajdak, niż w rzyć, nie narzekaj. A strzały to znowu żadna filozofia, gorzej jakbyś łuk zgubił, nie?
Popatrzył na stojących nieopodal trzech chłopów, którzy ich zagadywali, chcąc stwierdzić, czy ich rozmowa usatysfakcjonowała ich w jakikolwiek sposób.
-Coś jeszcze chcecie wiedzieć, dobrzy ludzie?
Dobrzy ludzie patrzyli to po obcych, to po sobie, a raczej zerkali nerwowo to na garbonosa, to na kosmatego jak diabli herszta. Baba usłużnie podała jadła i napitku. Polewka była całkiem, całkiem, napitek cienki, ale nie najgorszy. Przyjemne ciepło bijące od ogniska skutecznie osuszało odzienie, ciała i myśli. Marsowe miny lokalnego folkloru jęły przybierać bardziej żywe, pozytywne barwy. Pierwszy odezwał się dotąd stroniący od reszty jegomość, nie młody, o ciemnych niby węgiel oczach, noszący kilkudniowy, gęsty zarost.
OdpowiedzUsuń- Cyrulika nie najdziecie tutaj, ale baba na ziołach się zna - zwrócił oczy ku gospodyni, ta skłoniła się jakby, coś wymamrotała, pierła, dobyła z kaletki mały pakuneczek, wysypała biały proszek na dłoń i wciągnęła go z mocą. Jeszcze potężniej kichnęła, przetarła oczy i poszła po torbę.
- Juści - mówiła wracając. - Juści prawda. Zaraz obaczym te wasze straszne rany.
- Co to za podjazd? Czyj, mać jego? Pamiętacie, gdzie was kierwy najechały? - zagadnął niebieskooki z naciskiem.
- To może się przydać - podjął krzaczasty. - W jakiej sile ten podjazd?
Większość z tubylców wróciła już zupełnie do swoich jadeł, napitków i pracy. Ostrzono siekiery, związywano tobołki, słowem praca wrzała. Jak się okazać miało, dzisiaj ostatnie przygotowania robiono. Jutro skoro świt ruszać mają na zachód i faktycznie, do Vergen. Z zasłyszanych plotek wywnioskowali, że jakaś białogłowa zbiera ludzi pod swoją komendę. Wolny kraj chce zbudować. Bez uprzedzeń, gdzie każdy byłby sobie równy.
-Dzięki serdeczne, naprawdę nie trzeba, to draśnięcie tylko -mitygował się Liam, ale gdy baba nalegała pozwolił jej rozwinąć koślawy opatrunek, a nawet pomóc sobie w zdjęciu przeszywanicy i podwinięciu rękawa. Oczom kobiety okazało się rozcięcie, długie, paskudnie wyglądające, ale niezbyt głębokie, nie sięgające wewnętrznych warstw mięśni. -Mówiłem, że to nic takiego... -rzucił, gdy zaczęła go opatrywać na nowo -ale dziękuję, wdzięcznym bardzo.
OdpowiedzUsuń-Chyba od strony Aedirn nadjechali, ale kto tam kurwich synów wie, mogli przecie krążyć -odpowiedział na pytani niebieskookiego. -Kilka godzin drogi stąd, idąc w stronę włości Demawenda właśnie -dodał jeszcze. -Ile dokładnie nie wiem, trochę błądziłem, a Wy, chłopaki? -zwrócił się do reszty oddziału. -Było ich więcej niż nas, ale nie dużo, raczej dwudziestka to wszystko.-zełgał gładko -Chociaż nie zatrzymywałem się, żeby liczyć, starczyło mi, że dwa chuje na mnie szarżowały. -skrzywił się, bo ziołowa nalewka, którą baba oczyszczała mu ranę, niespodziewanie zapiekła.-Rozpierzchliśmy się trochę, a oni goniąc za nami też się rozproszyli, więc teraz może być ich trochę mniej -dodał z dumą.
Mężczyzna jadł, pił i słuchał opowieści swoich towarzyszy. Zbolała mina i zatroskane spojrzenie miały potwierdzać autentyczność ich zeznań. Uśmiechał się na wspomnienie domniemanych kolegów, którzy to ginęli, to uciekali w podskokach. Jego uwagę zwrócił mężczyzna na uboczu się trzymający. Kto był prowokatorem? Herszt chciał wyprowadzić ludzi, ale kto dał mu ten pomysł. Niebieskooki czy tamten? Może jest ktoś jeszcze?
OdpowiedzUsuń- Mówiliście, żeby Vergen unikać, a sami tam leziecie. Wiemy kto poszedł tam również. Czy Biała Rayla coś wam mówi? - widząc reakcje kontynuował. - Jeżeli ona tam poszła znak to, że to jakaś kolejna elfia prowokacja - splunął na ziemię.
- Wiecie co Rayla i jej oddział robią z takimi, co z nieludźmi się kumają. Zamyślam, że to jakaś prowokacja, tak jak ongiś Czarni namówili tamtą dziewkę do działania co by tanecznemu ludowi do łbów nasrała jakiś fałszywych ideologii - patrzył na reakcję ludzi, słuchał pomruków.
- Rayla chroniła tych co z Vengenbergu uchodzili. Wszyscy zatem są jej dłużniczką. Czy ktoś z was miał tam rodzinę, bliskich? Powiadam wam zatem, nie idźcie do Vergen. Zaprzedacie się Czarnym i będzie źle, bardzo źle. Przyjdą szturmy, Rayla mieczem i ogniem dziedzinę rozniesie.
- Co wam powiem, to wam powiem. Nie idźcie tedy do Vergen. Ostańcie tutaj, bo tu wasz dom i walczcie o niego. Skoro takie rzeczy się szykują... my wam pomożemy niczego nie chcąc w zamian.
Mortis kiedy już ogrzał swój nilfgaardzki zadek, wstał wyciągając się trochę..można się zasiedzieć i potem warto się tak przeciągnąć.
OdpowiedzUsuńZaburczało mu w brzuchu, sięgnął po kawałek strawy jaką ich ugoszczono i opierając się o drewnianą belkę przystąpił do konsumpcji.
- No Nilfgaard niezłe skurwysyny, sam już nie wiem kto gorszy chyba tylko jaka bestia - uśmiechnął się do Liama nic mu oczywiście nie sugerując, prędzej do porównania by dał armię Henselta oczywiście wszystko dla przykrywki, w normalnych warunkach nigdy by się tak nie wypowiedział o czymkolwiek co jest związane z Cesarstwem.
- Gładki, do wesela się zagoi, oby bo wiesz gangreny to paskudna sprawa, lepiej żeby nie było trzeba ci odejmować kończyn a kto wie - uśmiechnął się do Riva - Bez dobrego cyrulika czy innego medyka mogłoby być różnie, takie rany paskudnie wpływają na całe ciało - nadal je jakby nic się nie stało, oczywiście kiedy mówi to nie ma jedzenia w ustach, ugryzł kawałek, pogryzł i połknął - znam przypadek gdzie ucięto kończynę ale wdało się i tak zakażenie w głąb organizmu, gość zdychał tydzień...straszna śmierć - przepił jedzenie wodą.
Liam zostawił Nolanowi rozmowę z tutejszymi, historia o Vergen, dziewce i Rayli powinna tamtych na trochę zająć. Pochylił się ku Śliskiemu i z krzywym półuśmieszkiem zareplikował:
OdpowiedzUsuń-Święta racja, ciężko wynaleźć porównanie jakieś do Nilfgaardu, głównie dlatego, że przy czarnych każdy wygląda na lepszego niż w rzeczywistości. No... może poza tą świnią Henseltem -zamyślił się -ale ten knur i Płomień Szczający na Kurhany Wrogów to warte siebie kurwie syny są. -rzucił cicho, niby tylko do towarzysza. -I rzeczywiście, jeśli któryś z nich łapy maczał w vergeńskiej sprawie to lepiej miasto szerokim łukiem omijać, coby się w gównie nie potopić -dodał jeszcze, aby wesprzeć Nolana, po czym zwrócił się znów do Nilfgaardczyka.
-Nie martw się, dostałem czyste cięcie, a ta dobra kobieta je opatrzyła, wszystko z moją ręką będzie w porządku. A nawet jeśli nie to wiesz, mam jeszcze drugą -zaśmiał się -a z historii słynnej Rayli wnioskując kikut nie przeszkadza w karierze, trzeba sobie tylko dobrą niszę znaleźć. -prychnął, narzucając na siebie z powrotem przeszywkę, gdyż w tym czasie baba skończyła nakładanie opatrunku na nowo.
Wolfgang przysłuchiwał się wywodom towarzyszy, w międzyczasie kontent siorbał polewkę i mocno starał się ignorować wodę chmielową. Czuł się jak za studenckich czasów w Oxenfurcie, kiedy jeden z braci na urodziny swe chciał większą popijawę urządzić. Szło się wtedy do Kolorów Tęczy - zamtuza, przy którym rzeczona Libusze dostałaby torsji i piło ten mętnawy płyn zwany u nich piwem. Regularnie leczenie po takich wypadach kończyło się tygodniowym piciem orzechówki w zajezdzie U Profesora. A i tak czasem żołądek odmawiał posłuszeństwa.
OdpowiedzUsuń- srali muchy będzie wiosna, byle trawka lepiej rosła. Ileście gospodarzu tu się napocili, żeby ziemia coś dała, a? A jak się przeniesiecie to od początku będzieta zapierdalać. Tutejsi władycy jakimi by ich los nie uczynił znani już są i wiadomo ileć można na boczku odłożyć. A u nowego? Toć są panowie co tylko kańczug jako metodę konwersacyji z ubóstwem znają. Aleć to wasze życie. Jak odchodzicie znaczy się możemy się tu na czas jakiś zatrzymać, niech się kolega wykuruje a potem ruszymy dalej.
Podrapał się w zamyśleniu po brodzie i popatrzył na gospodarzy.
- czemu wy się ludzie tak ze sobą żrecie. Jeden na drugiego, zamiast jednym frontem stać. Pomyślcie może czy rzeczywiście warto zostawiać życia kawał i od nowa startować. Podjazd był jak to podjazdy konny, deszcz napierdalał, akurat poszedłem srać w krzaki, a Milczek próbował z Kusym rozpalić ogień. W deszczu kurwa. To nas kurwa tak przepierdolili, że jeszcze na dupie siniaki czuję.
Calevan spojrzał na Wolfganga - co próbowali? - zarechotał - mogliście od razu na dnie jeziora lub jakiego innego akwenu rozpalać, kto wie może i szybciej by wam to poszło - uśmiech - Ale mój kompan ma rację, powinniście razem stanąć jeden obok drugiego, z tej samej ziemi jesteście, tą samą niedolę dzielicie, pomyślcie gospodarze czy by nie było warto - uśmiechnął się i usiadł na stołku obok Riva,
OdpowiedzUsuń- Świnie Henselta są gorsze, wiem z doświadczenia u czarnych jakiś chociaż porządek w oddziałach a u nich totalne rozbestwienie - spojrzał na Riva uśmiechając się.
-Uważaj, bo jeszcze ktoś pomyśli, żeś kochasiem czarnych -parsknął śmiechem Riv, ewidentnie żartując -ale racja, może to i chuje są, ale chuje uporządkowane. -zgodził się. -Nie wiem tylko, czy to akurat takie dobre, ze u nich masakry zaprogramowane odgórnie, a nie z inicjatywy wkurwionych oblężeniem wojaków wynikające. Osobiście mając do wyboru Henselta i Emhyra chyba bym wybrał poderżnięcie sobie gardła, albo samotną rejzę przez Brokilon -rzucił jeszcze, po czym, aby zmienić temat na luźniejszy i mniej chłopską czujność budzący znowu sięgnął po kości. -Rewanżyk za moją poprzednią wygraną? -zaproponował, jakby faktycznie znali się na tyle długo, żeby wspólnie grywać wieczorami. -A może gwinta wolisz, jeśli Ci talia w tym deszczu nie rozmokła?
OdpowiedzUsuń- Nie nie nie - zaprotestował gorączkowo - Niezbyt dobrze mi to idzie - odparł Mortis i usiadł przy oknie wpatrując się w widok za oknem, jego dłoń spoczywała na broni, tak dla bezpieczeństwa - nigdy nie wiadomo co się może zdarzyć - upił łyka wody,
OdpowiedzUsuń-Trudno, ale skoro boisz się znowu przegrać... -prowokował Liam z lekkim uśmieszkiem, ale odwrócił się od Śliskiego i spojrzał na chłopów.
OdpowiedzUsuń-Ktoś chętny na partyjkę? -zaproponował.
Rozmowy o podróży, o Vengenbergu i o ścigających motłoch Scoiatel i Czarnych, o Rayli wówczas walczącej w imieniu zwykłego, żołnierskiego honoru czy teraz, o jej powrocie i podróży ku Vergen, znaczącą ostudziły entuzjazm chłopów. Siadali i patrzyli po sobie niby dziecię co myśl utraciło. Baba kręciła się pomiędzy i nalewała polewki, to dawała napitek. Ogień w izbie nie przygasał. Ludzie jęli dorzucać drwa - był to dobry znak.
OdpowiedzUsuńSiedzący na uboczu nie odezwał się. Calevanowi zdało się, że przeklął wyjątkowo plugawie w mowie dźwięczącej Vicovaro. Zszedł z zydla i poszedł w stronę dwóch trzymających się razem typków o orlich nosach i krzaczastych brwiach. Choć w panującym zamęcie ciężko było coś wychwycić, Calevan wiedział doskonale co się dzieje. Będą chcieli umknąć.
Liam miał przeczucie, że siadający naprzeciw niego mężczyzna z własną talią kart jest niebezpieczny. Coś podpowiadało mu, że jego obecność i chęć gry nie są przypadkowe. Miał się na baczności tym bardziej, że wokół nich zrobił się nie mały ścisk i gdyby nie obecność Nolana, Raagina i Aleksandra, zupełnie nie byłoby jak się poruszyć. Wszyscy trzej czuli, że w tym tłumie jest jakiś logiczny chaos.
Herszt podniósł się i podszedł. Sytuacja była dość specyficzna. Z jednej strony dało się wyczuć napięci, niektórych ludzi. Gracza, trzech na uboczu, jednego co przy drzwiach z kuszą siedzi i niebieskookiego. Reszta zaś dywagowała, rozmawiała ze sobą nawzajem i słuchała relacji to jednej, to drugiej osoby. Wszyscy wiedzieli, że ich najbliższe akcje zaważą o tym, czy dojdzie do masakry, czy nie.
Calevan myślał szybko, zapowiadało się naprawdę nieciekawie, szybka analiza sytuacji, mieli przewagę, mogliby mieć problem z poradzeniem sobie z taką bandą, nie wiedział też jeszcze czego dokładnie chcą, może to zwykli bandyci, nie..zbyt zorganizowani, zwykli bandyci wpadli by z zamiarem wyrżnięcia wszystkich i zagrabienia wszystkiego, coś tu było nie tak, Nilfgaardczyk wstał spróbuje to załatwić bez przelewu krwi.
OdpowiedzUsuń- Panowie - zaczął rozkładając ręce ale w każdej chwili jedna ręka chwyciła by buzdygan lub miecz by rozbić czaszkę lub wypatroszyć agresora - Zimno na zewnątrz, wielki wiatr, deszcze...burze, nikt nie odmówi wam gościny, siądźcie proszę jadła i napitku starczy i dla was, złóżcie broń po co krew przelewać jak można się napić, pobawić i pośpiewać ci ludzie są bardzo gościnni - odetchnął, na chwilę przerywając tyradę.
Miał nadzieję że za chwile nie dojdzie do masakry, im mniej trupów tym lepiej, po co ktoś ma wiedzieć że doszło tutaj do rzezi.
Wolfgang podziękował za polewkę, i odniósł odprowadzany spojrzeniami kilku miskę do gospodyni.
OdpowiedzUsuń- no, to co z tem miejscem na sen? Możemy się tu zatrzymać, nie możemy? W taką pogodę to się nawet psów nie wysyła na dwór. A co dopiero ludzi.
Wracając do stolika, gdzie rozpoczynał grę Liam przysiadł się tak, żeby mieć na oku obu wytrawnych graczy jak i wesołka z kuszą.
- mnie też podajcie, ale bez męczenia trzosika, bom biedny jak szczur kościelny.
Usiadł a wysupławszy kilka monet zaczął z pełną powagą uczestniczyć w grze. Grał bardzo powoli, czasem nawet ślamazarnie że aż zęby niektórym zgrzytały. Każde posunięcie było wymierzone a każdy grosz oddany z godnością.
W międzyczasie bacznie przepatrywał otoczenie. Szukał słabych punktów, oraz bezpiecznych miejsc.
Liam przeciwnie, grał pewnie, nawet nieco ryzykownie, co w większości przypadków mu się opłacało. Pozornie po prostu nieuważny, grający dla odprężenia, w istocie bacznie obserwował zarówno wytrawnego przeciwnika, jak innych. Gdy Calevan zagadał knujących w koncie twarz bruneta stężała na moment w wyrazie skupienia, bo doprawdy nie był pewien, jak sprawa się zakończy. Na wszelki wypadek wolną, lewą, dłonią sięgnął pod stołem w stronę sztyletu, aby nie być całkowicie bezbronnym, gdyby do awantury przyszło.
OdpowiedzUsuńPatrzył od niechcenia na towarzystwo i wciąż skupiał się na ogniu, na jego zbawiennym dla stawów znaczeniu. Uśmiechał się do jakiś myśli. Gadał z paroma tubylcami i nakłaniał do pozostania tu, na ziemi skąd z dziada, pradziada się wywodzą. Podtrzymując swoją poprzednią myśl i później myśl Wolfganga, tłumaczył, że lepszy własny niż cudzy diabeł.
OdpowiedzUsuńWidzą napierającą ciżbę, wstał i zbliżył się do Liam'a świadom, że może potrzebować pomocy. Kątem oka dostrzegł kusznika i trójkę w głębi pomieszczenia. Uśmiechnął się raz jeszcze do własnych myśli. Słysząc zaś słowa Calevana postanowił wspomóc go w działaniu, a swoją uwagę skierował do herszta, tego kosmatego po oczy.
- Patrzajcie ileż to życia w tych ludziach. Nudno im widać. Tamci rżną w karty i nie wiedzą, że Liam ogra ich z kretesem - zaśmiał się wymuszenie i obaczył towarzystwo. - Wędrowałem ja wiele i w wielu przybytkach znajdowałem wikt i operunek, oraz uciechy. Osobliwie gustuje w laniu po mordach innych. Jest li tu jakiś zacny człeczyna? Bokser jak się patrzy, a jak nie to zapaśnik? Mój trzos dam temu, kto mi gębę w pojedynku obije! Kto chętny! Może któryś z Panów? - zagadnął do tych trzech właśnie, po czym zwrócił oczy ku strzelcowi.
Miał kontynuować dialog i już miał zaczynać kiedy kompan Nolan całkowicie niepotrzebnie się wtrącił, jeśli się nie zamknie dojdzie do jatki.
OdpowiedzUsuń- Odejdź ochlapusie...- pchnął Nolana w kąt - Schlał się i hardości nabrał - spojrzał na nich, jego dłoń nadal była w gotowości do chwycenia za broń.
Zrobił krok w tył i odwracając się szybko spojrzał na Nolana wilkiem.
- Nie wtrącaj się - szepnął cicho i nakazał mu spojrzeniem siedzieć cicho i być gotowym w razie czego.
Zmierzył wzrokiem Calevana widomie nie obytego ze zwykłym pospólstwem i chłopskimi zabawami. Odwrócił się do izby i rzekł nie ukrywając zawodu.
OdpowiedzUsuń- Szkoda, a miałem nadzieję, że najdzie się kto z kim mógłbym dla sportu trochę się poruszać. Drzewiej inaczej bywało. W gospodach różne przyjemności były. Hazard, czasami i jakaś dziewka była chętna, można było się siłować czy po mordach lać, a tu... sromota. Siadam tedy i niechajcie mnie.
Ludzie popatrzeli po sobie i słuchali. Herszt poruszył się nerwowo. Niebieskooki cofnął się w stronę drzwi i siedzącego tam kusznika. Grający rżnęli w karty. Obserwujący rozgrywkę skandowali i kibicowali swoim faworytom. Jak się wkrótce okazało wielu dopingowała nowego, który grał jak szatan. Nawet, gdy karta mu nie szła, potrafił obrócić losy na swoją korzyść.
OdpowiedzUsuń- Coście tak, Panie - rzekł jeden z tubylców na proklamację Calevana. - Jakiej krwi? O czym to? - widomie nie widzący co się dzieje, wyszedł i nie krył zdenerwowania. Pohukiwał na swoich. Część zwróciła nań uwagę.
- O krwi godoł! - grupa rozumiała tak, jak jej przywódca. W tym wypadku była to masa ludzkiej głupoty i prostolinijności. Kilkoro ich było i widomie mieli coś za złe Calevanowi. Wiedział co, nieopatrznie rzucone słowo. Część towarzystwa, choć słyszała, nie zwracała na nic i nikogo uwagi poza grającymi w gwinta. Herszt przyglądał się wszystkiemu, gdy wtem Nolanowi wzięło się na ckliwe bajania o wyższości mordobicia nad innym hazardem. Calevan próbował go uspokoić, na nic się to zdało.
- Patrzajta! - napuszył się ten, co Mortisowi zwrócił uwagę. - Stawaj chmyzie. Po gębie dostaniesz jak nic!
- Ale ciemnota - pomyślał Calevan, zaczął się zastanawiać czy nie wyrżnąć ich wszystkich, potem upozorowałoby się że powyrzynali się wzajemnie, ale ci wieśniacy byli jednak potrzebni do pospolitego ruszenia, szkoda tego zmarnować.
OdpowiedzUsuń- Dobrzy ludzie, nie szukamy kłopotów, my chcemy być wam przyjacielem a nie wrogiem, wróg już poszedł my swojaki - gadał oczywiście z aderinskim akcentem - Calevan sięgnął po kufel piwa i podał go mężczyźnie który uchodził za samca alfa w swojej bandzie - napijmy się, zdrowie wasze i nasze - skinał porozumiewawczo i dyskretnie w kierunku swoich towarzyszy by byli gotowi.
- Nasz kompan niespełna rozumu, dodatkowo pijany widzicie co wychodzi z takiego połączenia, ale to nieszkodliwy idiota, pożyteczny bo dobrze gotuje - uśmiechnął się zasłaniając Nolana własną piersią.
Liam, korzystając z kolejnej wywołanej przez Wolfganga przymusowej przerwy w płynności rozgrywki podniósł wzrok znad kart i zwrócił go w kierunku Calevana i Nolana.
OdpowiedzUsuń-Dajcie spokój chłopaki -błysnął zębami w sympatycznym uśmiechu -jak się chcecie po przyjacielsku po gębach okładać to nie tutaj, tutaj gramy, potrzebny nam stół, spokój i skupienie. -Popatrzył po współgraczach, szukając ich aprobaty -Na dwór byście z tym wyszli, ale rozumiem, że w taką pogodę to bez sensu, więc sądźcie i napijmy się -zaproponował.
- NU NIE MA CO SIĘ NERWOWAĆ!
OdpowiedzUsuńGłos nie będący krzykiem ale zwyczajny do bycia wysłuchanym przebił gwar narastających podszeptów.
Tym samym tonem kontynuował.
- Przyszlim tu coby suchości znaleźć, może i być, że spokoju. A u was łby gorące. Chcemy jeno zjeść i pod strzechą się wyspoć. I ciuńkę w karcioszki zagrać. Także pokój panowie, napijmy się i może wy mi powiecie, jaka to bestyja straszliwa w okolicy ryczy jako wół któremu kto obrotny w jajca przydzwonił? Bo jak myśmy się błąkalim to jakiś musi być wkurwiony wielce potwór ryczał gdzieś niedaleko was. Nu, ale mając wybór, żeby spać na mokrym a spróobować w innymi przetrwać noc. Wybraliśmy przetrwanie z innymi.
Odetchnął głęboko i kontynuwał.
- A teraz się mamy prać? Ech, nie rozumiem. Nalejcie mi kobieto dobra czeguś mocniejszego, a ty Gładki rozdawaj, bo jeszcze mi dwie monety na hulanki zostały. Reszta musi iść na dziecki i żonę, choć baba miotłą tak wymachuje, że w domu bezpieczna jeno wygódka jest.
Uśmiechnął się szczerze.
- Lepszy smród niźli guzów bród.
-To jak będzie, -Liam rozejrzał się po pomieszczeniu, łapiąc wzrokiem zarówno możliwie największą liczbę osób, od współgraczy, poprzez stojących na środku, przez chłopskich rzeczników, aż po towarzystwo w kącie i kusznika. -możemy grać spokojni, że nam nagle jakiś zawodnik między karty nie runie, czy lepiej zakończyć partyjkę póki jeszcze wiadomo kto ile wygrał i przegrał?
OdpowiedzUsuńGrający spojrzeli po sobie i bynajmniej nie zaprzestawali w swojej grze. Choć Liam rżnął ich nad podziw pięknie i nie jeden widział w tym widno oszukańczy zabieg, nie zaprzestawali gry. Nawet jeśli tracił partię, zaraz potem odkuwał się z wdziękiem i zarobkiem. Było na co popatrzeć - coraz więcej ludzi przyłączało się do siedzących. Ławy były przestawiane byleby gapie mieli co i jak oglądać.
OdpowiedzUsuń- Jeśli nocleg, to rozdysponujem was po domach - rzecze ten wysoki, kudłaty. - Coś mnie się widzi, że jeszcze chwila tu pobędziem. Dobrze prawicie, to pewne. Może i nam potrzeba chwilę po rozum pójść.
Mężczyzna, który wyzwał Nolana na mordobicie nie rezygnował, a sam indagowany nie chciał dać mu zawodu. Pomimo retoryki prosta ludzka uciecha wzięła górę i człek zwany wśród swoich Rolk "Dzwon" wyszedł przed izbę, gdzie czekał swojego rywala. In summa grupa tubylców podzieliła się na dwie drużyny. Jedna co rżnęła w karty, druga co zaciekawiona, chciała obaczyć jak się inni po mordach leją.
Poczęstowani dalszym jadłem i napitkiem, czuli jak atmosfera miejsca ulatnia się. Ciężkość ustępowała grze i mordobiciu, a było to tak:
Niebieskooki biorąc na siebie odpowiedzialność jął ogłaszać obu zawodników.
- Dobrzy ludzie! - głosił wpadając w kaznodziejską egzaltację. Po mej lewicy stoi dobrze nam znany i lubiany Rolk, zwany również Dzwonem! Bo kto przezeń w mordę uderzon, grzmi jako dzwon na ratuszu!
- Ludzie! - przekrzyczał rosnący chór okrzyków i gwizdów. Po mojej prawicy obcy! Przybysz kogo zwą Mędrkiem! Obaczymy czy wymędrkuje sobie drogę do zwycięstwa, czy może trafi do rynsztoku!
- Przyjmujemy zakłady! - rozdziawiła się w uśmiechu starka, siedząca pod chatą i przyglądająca się całemu zajściu. Jak się okazało na zewnątrz znalazło się paru takich, co w izbie nie byli - widomie z gościńca, z lasów wrócili. Miejscowi baczyli na myśliwych. Łuki mieli skryte w pokrowcach, podobnież strzały. Baczyli na niebezpiecznych ludzi, ale nie to było teraz istotne.
Oboje rozdziali się do samych spodni. Mimo chłodu, rozgrzani ogniem gospody, nie trzęśli się niby osiki. Przyjęli postawę, podnieśli zaciśnięte pięści. W obu znać było technikę. Gibiąc się lekko na biodrach, przesuwali się po okręgu, bądź zbliżali to oddalali od siebie. Nogami elastycznie stąpali po niekorzystnym, bo śliskim podłożu.
- Jak z tobą skończę! Stanę i nasikam na cię, i wezmę sobie twój płaszcz!
- Jak ja z tobą skończę! Porwę ci dziewkę i zbrzuchaczę ją w lesie!
- Jak ja...
Przekrzykiwali coraz żywszy tłum i dodawali sobie odwagi. Oboje nie startowali jeszcze do siebie. Wciąż mierzyli się wzrokiem. Wtem zaczęło się. Kilka pierwszych uderzeń. Proste ciosy i kopnięcia. Wszystkie przestrzelone, a jednak koniecznie. Sprawdzali swoją czujność. Kolejny cios. Dzwon zamarkował niedbałe kopnięcie po czym przyskoczył do Nolana i z zamachu wyprowadził sierp. Nolan przyjął cios na gardę i krótkim prostym uderzeniem w nos przejął inicjatywę w walce. Poszedł jak burza. Proste, krótkie acz szybkie uderzenia sięgały celu. Rolk odskoczył, potknął się, ale utrzymany przez tłum, nie poleciał nie wiada, gdzie. Stanął do walki. Przepuścił parę uderzeń Milcza, po czym łupnął go siarczyście, na odlew. Zamroczony gibał się na nogach - był to pozór. Wyczekał ataku, kopnął jegomościa pod kolano, uniknął zderzenia schodząc z linii natarcia i szybkim ciosem w skroń obalił go na ziemię. Leżał i stał tak przez chwilę, patrzyli na siebie podle pole bijatyki i wnet pomogli sobie nawzajem.
- Być nie może... - zająknął niebieskooki. - Zwycięża.... przybysz... zwycięża przybysz!
- Dobrze pracujecie tymi kikutami - zwraca się Rolk do Nolana. Iście, dawnom tam mordy nie miał obitej! Dobrze się stało, ciut przesadził, ale nie bądźcie krzyw. Zapraszam do siebie na poczęstunek - dodał ciszej. Weźcie kogo ze swoich, sprawa jest. Pilno mi to wam rzec. Chodźcie!
- Nu i tyli. Piniądze się skończyli.
OdpowiedzUsuńWolfgang uśmiechnął się i wstał od stołu gry. Następnie podszedł do Nolana i Rolka ignorując panujący wokół tłok. Objął obu tak, że aż zatrzeszczały kości i dodał.
- To teroz weźmim jakoś gorzałki i się pogodzim? Jużeście się naokładali to teraz się napijemy.
Patrzył wesoło i rozbrajająco to na jednego to na drugiego a w oczach błyskały mu iskierki.
Odejście Wolfganga odmgry Liam skwitował lekko kpiącym uniesieniem brwi i spojrzał na pozostałego przy stole.
OdpowiedzUsuń-Zaczynamy na poważnie? A może ktoś inny chce się dołączyć? -rozejrzał się po obserwatorach. Widział, że Niedźwiedź przepycha się do Nolana, dobrze, tam problemów być nie powinno, Calevan też rozsądnie zamilkł, więc on sam może dalej ściągać uwagę miejscowych, a przy okazji może coś zarobić, o ile pozostanie skupiony i nie zaszarżuje głupio.
Calevan postanowił odsunąć się od zgromadzenia walących się po mordach i przystanął w wolnym miejscu by obserwować grę Liama, uśmiechnął się pod nosem, gdyby jego przyjaciele z Vicovaro go widzieli, gdyby widziała go jego siostra tak pogardliwie wyrażająca się o krajach północy.
OdpowiedzUsuń- No...i to było by na tyle - zerknął ostatni raz na Nolana i całą resztę, musiał to przyznać...ten rosły gość imieniem Wolfgang nadawał się na dowódcę, zresztą była to zdrowa sytuacja, mogłyby by być problemy gdyby dowódcą został Calevan, Nilfgaardczyk...wystarczy że Nilfgaard rozrzucał ich ostatnim razem po kątach.
Otarł obolałą gębę, poprawił żuchwę, splunął siarczyście i uśmiechnął się do zbliżającego się dowódcy. Był zmęczony, ale w zmęczeniu tym była i prosta dziecinna radość. Sprawił się dobrze, czuł zmieniającą się atmosferę.
OdpowiedzUsuń- Iście dobrze prawicie - zareplikował i gromko huknął po plecach swojego nowego kompaniona. - Gorzałki dla wszystkich! Napijta się!
Wyszczerzył zęby do dziewek i zapragnął tańczyć. Choć śpiewakiem był żadnym podjął starą, ludową pieśń. Wystukiwał rytm o jedną z ław.
- Wolfgang - szepnął do kapitana. - Wedle mnie niebieskooki i tamten, jeden z tych trzech to prowokatorzy. Pachną mi Nilfgaardem, pamiętacie co było z Doliną Kwiatów? Pachnie mnie to tym samym. Zamiast na siebie nawzajem, nakłaniają ludzi do ucieczki i stworzenia trzeciej frakcji. Co z nimi robimy? Udusić ich czy próbujemy innej retoryki?
- Nawet jak są prowokatorami, masz jakiś dowód? Ktoś przeciwko nim słowo rzekł? Bez tego to ludzie nas na siekierach rozniosą i będzie po wszelkim działaniu.
OdpowiedzUsuńWolfgang spojrzał wokół i bacznie się przyjrzał ludziom. Tym skupionym na grze, tym gratulującym Nolanowi jak i pocieszającym Rolka.
- Teraz skoro masz z kim się pobratać, jako tutejszy pogromca czempiona to z tego skorzystaj. Działaj. Chyba, że masz inny pomysł.
Przyjął gratulację od jakiegoś miejscowego, po czym zwrócił się do Wolfgang'a.
OdpowiedzUsuń- Dowodów li brak, jeno obserwacja i dedukcja - spojrzał na herszta, tego wysokiego zarośniętego po oczy. - Ten to lokalny przywódca. Niebieskooki stoi w opozycji do niego. Pokazuje innym drugą opcję. Poparcie znajduje w tym trzecim, tym co z tymi dwoma rosłymi wszędzie łazi. Pomysł jeden, trza wywiedzieć się gdzie na co dzień mieszkają. Przeszukać domostwa i okolice.
- Tymczasem ja - łyknął podanego trunku. - Pobratam się z ludem i wywiedze się tego, co i skąd wieje.
Ludzie powitali nowego mistrza z nieukrywanym podziwem. Uznanie wśród tubylców pozwoliło Nolanowi na wydobycie kilku ciekawych informacji. Zorientował się, że to co wspomniał Wolfgangowi jest racją. Niebieskooki przybył tu poprzedniej wiosny, tamci na uboczu, ci trzej o aparycji godnej ulicznych rzezimieszków, rok przed nim. Od tamtego czasu mówili o wolności, o równouprawnieniu wszystkich obywateli oraz o kraju, który w przyszłości powstanie na zachodzie. Wówczas wyśmiewani, teraz mający mir u ludzi, powrócili do indagacji. Kwestia ujścia z uścisku dwóch walczących armii wydała im się słodką. Obietnice nowego lepszego domu, bogactw, wszystko to zadziałało na wyobraźnię prostych ludzi. Wizja ta nie była po drodze z Hersztem, który to dowodził, że jest to jeno babskie gadanie, by porzucać ziemię przodków. Tak więc wstrzymywał swoich do czasu, gdy nie stracił poparcia.
OdpowiedzUsuńCalevan jak i Liam dostrzegali, że niedawne wydarzenia, ich działania wpłynęły nieznacznie na tę społeczność. Wcześniej odbierani chłodno, z rezerwą, teraz byli obdarowywani uśmiechem i ciepłym słowem. Szala panujących tu idei zmieniła się na ich własną korzyść. Przystępując do mądrych posunięć, subtelnie działając są w stanie nastawić ludzi przeciw prowokatorom... subtelnie, albowiem ci zaczęli wyczuwać pismo nosem. Trójka trzymała się blisko siebie. Kusznik dołączył do niebieskookiego, nie mniej musiał już zdjąć bełt z łożyska - za pomocą opartej obok koziej nóżki, usunął naprężenie i zgromadzoną w łuku siłę. Nasuwało to pewną możliwość - zwykłego obalenia - ale ciągnącej za sobą jednoczesne ryzyko możliwych do poniesienia ran, kontuzji czy nawet śmierci.
Skoro nikt się nie dołączył Liam rozegrał z tutejszym mistrzem jeszcze kilka partyjek, ze zmiennym szczęściem, choć ze wskazaniem na siebie, zanim zaproponował:
OdpowiedzUsuń-Ostatnie rozdanie? Późno się robi, a i we dwójkę gra nie jest zabawna. -stwierdził. -Żaden z nas o chałupę drugiego nie gra, żeby się napinać i do ostatka ciągnąć, a przy rozrywkowych rozgrywkach im więcej osób tym weselej przecież. Proponuję, aby nikt całkiem stratny nie był, odebrać z puli to, co się w pierwszej turze włożyło, a zagrać o resztą -zaproponował, pokazując, że nie jest skupionym na zarobku hazardzistą, a jedynie rozrywki szukał. Mężczyźni wybrali co do nich należało, zostawiając stawki z pozostałych tur, jak i przegraną Wolfganga. Stosik wyglądał zacnie, ale że składał się z drobnych monet to po podliczeniu starczyłby może na kolejkę dla wszystkich. Cóż, jaka gra, takie stawki, nie ma co narzekać.
Wolfgang usiadł koło Herszta, przeciągnął się i rozejrzał. Następnie spokojnie zagaił.
OdpowiedzUsuń- Nu i się uspokoili zatraceńce. To gospodarzu w której chatynce mielibyśmy się zatrzymać? Wybaczcie, ale wasz niebieskooki kolega nie bardzo do nas radością pała a i my chcemy się obudzić. Także nawet tu się gdzieś na klepisku położym, jeno odrzwia zawrzemy.
Wyciągnął wielkie łapsko w stronę jednego z tutejszych przywódców.
- Niedźwiedź mnie zowią. My tu w okolicy tako bardziej na południe mielim tę przekopankę. Znaczy nas kopali a myśmy wiali. Kilku nas jeszcze się tam pewnie kręci po okolicy. Rzeknijcie mnie jeno, ten wasz niebieskooki kolega, to on tak zawsze? Jemu coś obcy zrobili? Bo straszliwe się do gardeł rzuca.
Calevan usunął się w cień, tam gdzie żadna świeca nie sięgała, mhm stąd miał dobry widok a że gwarno i parno, nikt nie zauważył jego przemieszczenia, aby ktoś go zlokalizował musiałby się przyjrzeć. Wolał być ostrożniejszy, dłoń trzymał na buzdyganie by w każdej chwili móc go dobyć i użyć go, niepokoił go ten kusznik który w każdym momencie może zapakować komuś bełta w żywot.
OdpowiedzUsuńGracze nie chcieli za bardzo już ryzykować. Pomimo zaoferowania pewnego zwrotu, nie podejmowali się już dalszej rozgrywce. Nie mniej postać Liama w ich oczach urosła czemu dawali wyraźnie znać. Poklepywali go, gratulowali i zapraszali do wspólnego wypicia lokalnego cieńkusza.
OdpowiedzUsuńHeszt popatrzył na Niedźwiedzia i uśmiechnął się.
- On tak od jakiegoś czasu. Zawżdy jak nowi przyjdą. Taka jego natura, psia mać, ale i pomógł nam w potrzebie - jak się okazać miało, wywiódł miejscowych z obławy. Spędzał choroby dzieciom i co najważniejsze, jako ochotnik chodził do Panów tej ziemi. Pomagał na różne sposoby do czasu, aż nie pojawiali się według niego siewcy chaosu, zatracone ziarno wojny, które należało wyplewić razem z korzeniami.
Kusznik zrepetował ostrożnie broń. Niebieskooki stał przy nim i coś cicho mu tłumaczył. Trójka zbliżała się do nich, chcąc widocznie stworzyć zwartą grupę.
Liam przyjął gratulacje i poklepywania z wyraźną dla chłopów radością i uśmiechem. Cienkusza wypił jednak symbolicznie jeno, wymawiając się, za przykładem danym wcześniej przez Niedźwiedzia, słabością wywołaną utratą krwi. Żeby jeszcze bardziej nastawić do siebie tutejszych sporą część wygranej przekazał na poczet "Kolejki dla wszystkich!", a teraz siedział, popijał drobnymi łyczkami zawartość swojego kufla i słuchał, i rozglądał się, odpowiadając uśmiechami, potakiwaniem i krótkimi zdaniami, skupiony bardziej na słuchaniu i obserwowaniu. Wiedział, że prędzej czy później ktoś się z czymś zdradzi.
OdpowiedzUsuńWolfgang też się uśmiechnął do Herszta. I kontynuował rozmowę przyciszonym rzeczowym bas-barytonem.
OdpowiedzUsuń- Ano, tak to bywa, my tu są goście a on broni swoich. Jeno mam wrażenie, że kompanija jego kamratów chce nam krwi upuścić i was na nas napuścić. Szczególnie cymbał z kuszą. To wasza dziedzina jest i prawem gościny proszę o wylanie wiadra śniegu im za kołnierz. Przyszliśmy się ogrzać i najeść i jak widać po Gładkim to jemu się zdała pomoc z ręką.
Spokojnie przyglądał się ludziom. Którzy bawili się i gratulowali to Liamowi, to Nolanowi.
- Jestem człek spokojny, nie szukam zwady, ale terozki jeno tym pierun ma narychtowaną bruń. Się mu ręka omsknie i bydzie krzywdo. Toć to kurestwo z bliska może i dwóch ludzi przeszyć. Zróbcież coś dla pokoju miejsca gospodarzu. Albo jak uważacie, to pójdziem, coby krwi w gościnie nie przelewać.
Pogratulował Liamowi jego wygranej i inicjatywy. Kubek przyjął chętnie i wzniósł toast, za wszystkich i siadł obok, tak aby widzieć zarówno Liama jak i Milczka i jeszcze bardziej milczącego Kruka. Korzystając z okazji rozmawiał i robił mądre miny, a swojego niedoszłego mordo-obiciela zaprosił na kwartuszkę szczęścia. Popiwszy, uradowany, rozmawiał to z jednym, to z drugim, a przede wszystkim nasłuchiwał.
OdpowiedzUsuńCalevan ruszył się i zmierzył wzrokiem kusznika, dostać bełtem to nic przyjemnego chociaż po części miał nadzieję że oberwie któryś z nich, wypadki się zdarzają, jako że częściowo nadal stał w mroku nie było widać jego broni ani ręki która spoczywała na buzdyganie.
OdpowiedzUsuń- Co za hołota - pomyślał z odrazą, jego kompani wykazywali większy stopień ucywilizowania, nilfgaardzki kaganek oświaty tu nie dotarł.
Milczek z nie ukrywanym podziwem obserwował grę Liama i poczynania Nolana, obu - widać to było - znali się na rzeczy. Niedźwiedź zadziałał instynktownie i widomie trafił w dobry moment biorąc herszta na spytki. Powołując się na swoją światowość i obeznanie ze zwyczajami prostego ludu wstał, i jakby przypadkiem znalazł się obok kusznika. Siadł ciężko trzymając dwa kubki trunku, który uprzednio wzmocnił kilkoma haustami gorzałki.
OdpowiedzUsuń- Napijcie się - wzrokiem wskazał na kubek, podając go kusznikowi. - Dla mnie potrzeba z kim pogadać, ale nie z tymi o tam, a z tobą, bo czuję, żeś inny od pozostałych. Nie stąd prawda? Poznaje. Mówią na mnie Milczek, choć po prawdzie Ragnir mi na imię. Z Cidaris, teraz w Aedirn, a co potem? A wy skąd i dokąd?
Kruk rozpostarł swoje myśli, wyszedł poza krąg światła chcąc mieć baczenie na ogół. Wykorzystując moment zamieszania, gdy jedni obijali się po mordach i wówczas, gdy głośno skandowano zakłady, uszedł przed innymi. Stał teraz i obserwował, czekał na działania innych.
OdpowiedzUsuńKażdy przyjął pozycję, zagrał w swoją rolę. Kruk wchodząc w obszar cienia, wzdłuż jednej z krótkich ścian, zdumiał się widząc parę młodzieńców obficie okładających się miłością własnych ust. Lekko zażenowany ustąpił i uszedł trochę bardziej, na bok, skąd widział całe towarzystwo. Większość skupiona była wokół ogniska, gdzie dwie grupy tworzyły Liam oraz Wolfgang. Ten pierwszy, gracz jak się patrzy zbierał pochwały, udzielał rad, a przede wszystkim słuchał. Jak zdołał wychwycić z ukradkowych, prowadzonych rozmów, stacjonujący tu żołnierze zostali przegnani bo jakoby dopuścili się gwałtu na jednej z lokalnych dzierlatek. Dziewoja imieniem Narcia zabiła się jakoby krótko po tym. Ciało widzieli niebieskooki i siedzący teraz na stronie kusznik. Było to jakoby w jej własnym obejściu, domku odziedziczonym po zmarłych na wojnie rodzicach. Domek stał niewiele dalej. Niebieskooki po powrocie z inspekcji, jął rzucać oskarżenia, a motłoch podchwycił i rzucił się wymierzyć sprawiedliwość.
OdpowiedzUsuńKusznik przyjął trunek, podziękował - był rozdygotany i widać, że nerwowy. Siwucha dała mu trochę na wstrzymanie, odetchnął głęboko i chciał co rzec, gdy Herszt zbliżył się z Niedźwiedziem. Spuścił oczy i odłożył kusze.
Calevan nie ukrywał przed sobą samym swojego rozgoryczenia. W istocie ludzie tu żyjący nie mieli za krztynę kultury i obyczajności co w jego rodzinnych stronach. Baczył jednak, że atmosfera była na ich korzyść.
Liam podchwycił sprawę dzierlatki, zapytał,zaraz po tym jak wyraził żal z powodu jej śmierci i obrzydzenie do postaci krzywdzicieli, oba nadspodziewanie szczere,czy ktokolwiek poza tamtą dwójką widział ciało, przyjaciele jacyś, baby, które myły i ubierały do pogrzebu, czy też najpierw skupiono się na ukaraniu winnych, czy też oskarżonych, a później dopiero zajęto ofiarą? Dopytywał, czy ktoś wśród żołnierzy zginął, lub został na tyle ciężko ranny, że mógłby nie dożyć i, jeśli tak się stało, wyraził współczucie, bo wojskowi zazwyczaj mściwi są i wrócić mogą, nawet bez rozkazu królewskiego. Z drugiej, dodał, zapijając łykiem smutne twarze swoje i chłopów, skoro raz sobie poradzili to i drugi uradzą.
OdpowiedzUsuńZ tego co usłyszał miał podstawy sądzić, że największymi prowokatorami są właśnie niebieskooki z kusznikiem, a reszta to ich poplecznicy jeno. By jednak upewnić się, że towarzysze mają takie samo zdanie musieliby najpierw znaleźć się sami, bez ciekawskich uszu i podejrzliwych spojrzeń. Dopił zawartość swojego kufla stwierdzając głośno, aby zwrócić na siebie uwagę reszty oddziału, że późno się robi, a jemu i towarzyszom po ciężkim dniu przyda się przyłożyć gdzie głowę i przespać choć kilka godzin.
Spuścił dłoń z broni, przysłuchał się wyraźnie rozmowie by utwierdzić się w przekonaniu że to zwykłe dzikusy którym potrzeba bata, ale to jego prywatna opinia, opinia opinią a zadanie zadaniem, cóż może i on się troszkę napije, mała ilość nie zaszkodzi, sięgnął po piwo, przynajmniej tak to wyglądało jak piwo, ale smakowało jak mysie szczyny.
OdpowiedzUsuń- Co oni tu piją - skrzywił się Calevan z niesmakiem, ale zaczął niekulturalnie jest tera porzucić, naturalnie jego uwaga na temat lokalnego browaru była cicha, bardzo cicha a w sali panował zbyt duży gwar by ktokolwiek mógł go usłyszeć.
- Mądra uwaga druhu - mruknął Nilfgaardczyk, zmęczenie ich brało i przydałoby się gdzieś zmrużyć oczy.
Wolfgang ucieszony czekał na Herszta i jego deklarację, gdzie zaś mają noc spędzić.
OdpowiedzUsuń- Nu, wicie nam wiela nie trzeeeba, jeno coby się położyć na suchym i może jakaś derka.
Spojrzał się i nachylił konspiracyjnie do Herszta. Szepcąc mu na ucho.
- Wiycie, toć widać, że się nerwusy uspokoiły, ale najlepiej byłoby nas w jednym miejscu położyć. I się nie turbować hałasami w nocy. Wyjaśnim sobie wszystko, może damy po mordzie. Ale na ostre nie pójdziem, bo po co. Także rano bedzie już po rozmowach a wy jako Herszt za mądrość chwalon będziecie.
Poklepał lekko go po plecach.
- To jak to widzicie?
Przeciągnął się i ziewnął mocarnie, aż szczęka chrupnęła.
OdpowiedzUsuń- Iście, prawicie dobrze. Nic to, trza się do snu kłaść. Babko, prośbę mieć będę - zwrócił się do krzątającej się to tu, to tam babuleńce. - Przygotujecie jadła na drogę, jakie suszonki cobyśmy nazajutrz w drogę dalej ruszać?
Kobita kiwnęła głową, przyjęła zapłatę i obiecała przygotować jadło na drogę - nic rarytetnego, ale jednak coś co można byłoby włożyć do gęby i żuć przez jakiś czas udając, że posila się prawdziwie godnym obiadem. Napitek wedle obietnicy miał pokrzepić ciało jak i ducha - nadzieja na coś mocniejszego zapłonęła wyraźnie wśród "szykujących" się do drogi podróżnych.
OdpowiedzUsuń- Hola - rzecze kudłaty i patrzy na Wolfganga koso. - Damy my wam spocząć. Jest li chata, zaraz obok, jeno wyjść trza i zrazu ją uwidzicie. Tamuj możecie przenocować. Z dawien Hrutlo tam mieszkał - zginął na wojnie. Znajdziecie tam koce i trochę rzeczy, jeśli co wam potrzebne bierzcie i niechaj nazajutrz przyniesie wam szczęście.
- Nie prowokujcie - dodaje półszeptem przez zaciśnięte zęby. - Są tu tacy, co ślepo za nimi pójdą. Na siekierach was rozniosą, a mnie przy okazji, bo i mnie źle wróżą. Pójdziecie tamuj i tam odpoczniecie, a nazajutrz uradzim co dalej.
Jak się okazało pierwej znalezioną martwą, brutalnie oszpeconą i wykorzystaną kobietę. Dziewka widomie musiała walczyć o życie. Palce miała brudne. Na dłoniach krew - nie swoją. Zaraz znaleziono wojaka co szramę miał na gębie - widno kobieta ta ratując się, drapała niby kocica. Pognano na żołnierzy z czym tylko popadło. Kilkoro usieczono i utopiono na bagnach. Kilkoro uszło, ale pewnikiem zdechli gdzie na wojnie, albo przez potwory pożarci zostali.
Ludzie powoli jęli się rozchodzić do domostw - widać było, że nie ruszą stąd nigdzie. Niebieskooki, kusznik i trójka wyszli.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńWolfgang spojrzał się po towarzyszach.
OdpowiedzUsuńPoczekał aż większość osób opuści przybytek.
- Nu chłopce, idziemy tamuj, dostalim domek co się wyśpim. Sucho pewni bydzie.
Uśmiechnął się szczerze i klepnął Herszta po plecach aż zadudniło.
- Dostalim od tego tu dobrodzieja pozwolinie na zostanie, ino coby tech zapaleńców nie kłopotać. Znaczy nie Pro-Wo-Ko-Wać.
Wyszczerzył się po wyartykułowaniu wielce trudnego słowa.
- Inaczy będą kłopoty, bo z niemi wiela luda pójdzie.
Zebrał swoje rzeczy, zgasił źródło światła przy wejściu do chaty i pytająco spojrzał na resztę towarzyszy.
Liam wysłuchał historii do końca, w odpowiednich miejscach wygłaszając współczujące uwagi, lub zżymając się na żołnierskie okrucieństwo, po czym życzył rozchodzącemu się towarzystwu dobrej nocy. Zauważył, że podejrzane typki również się zbierają. Uznał, że dobrze byłoby wiedzieć, gdzie się kierują, podniósł się więc i mruknął coś o zbyt dużej ilości wypitego piwa. Wymówka pójścia za potrzebą zawsze działała, a przy okazji prowadzenia obserwacji rzeczywiście mógł załatwić i tą sprawę.
OdpowiedzUsuńWyszedł moment po tamtych i rozejrzał się, niby to w poszukiwaniu wygódki lub innego miejsca przeznaczonego na świątynię dumania, ale bardziej był skupiony na piątce, która przed nim opuściła pomieszczenie. Gdy już dojrzał w którą stronę się kierują i załatwił co trzeba wrócił do środka. Podszedł do Wolfganga, który właśnie zbierał swoje rzeczy i tłumaczył reszcie, gdzie im przyjdzie nocować.
-Na dworze zimno jak w psiarni -poinformował konwersacyjnym tonem. -I pizga na dodatek -dodał, odwracając się w stronę tutejszego herszta. -Dzięki dobry człowieku, żeście nam pozwolili w chacie ostać, bogowie wam dobroci nie zapomną. -rzucił uprzejmie, sam się sobie w duchu dziwiąc, że udało mu się nie zabrzmieć ironicznie. -Nie bójcie się -mówił dalej -my kłopotów nie szukamy, my spokojni ludzie, zwady z nikim nie chcemy. Ale nie jesteśmy kapłanami Lebiody, jak nas ktoś spro-wo-ku-je -przedrzeźnił Wolfganga -to drugiego policzka nadstawiać nie będziemy.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńCalevan poruszył się wreszcie, jakby żywiej...wreszcie trochę odpocznie, w jakimś bezpieczniejszym miejscu.
OdpowiedzUsuń- No...to my się zbieramy spać - mruknął Calevan - długa droga przed nami - pomyślał Nilfgaardczyk - faktycznie...ciepło to nie jest - strząchnął się z zimna. - oczami biegł już za chatą w której mieli się schronić.
- Kolego - zwrócił oczy na Wolfanga - bądź czujny, nie podoba mi się to wszystko, coś za łatwo poszło - wszystko to mówił uprzednio zbliżywszy się do dowódcy grupy - Może jestem przewrażliwiony ale... - zamyślił się - miej broń w pogotowiu i bądź towarzyszu czujny, i obyśmy przetrwali tę noc.
Nilfgaardczyk wyciągnął dłoń do rosłego druha, czyżby wypity alkohol, zmęczenie i okoliczności potrafiły zrobić z Nilfgaardczyka dobrego druha, i chociaż Calevan nie był zupełnie ślepo zapatrzony w osobę białego płomienia tańczącego na kurhanach wrogów to normalnie podchodził z dystansem do mieszkańców północy, jak wtedy w karczmie kiedy w jego myślach toczyły się wulgarne epitety na temat bywalców tej zapadłej wioski w nędznym kraiku, ale cóż...wiele można o nim powiedzieć ale nie to że jest nielojalny, zobowiązał się i zrobi wszystko by się udało, a jeśli kiedyś wróci do rodzinnych stron przekaże pewne informacje komu trzeba, naturalna rzecz.
Słuchał i dumał, głową kiwał, a uśmiechał się rad z kierunku w jakim potoczyły się konwersacje. Mieli dach nad głową i nie rozsiekli ich na kawałki tedy głowa do góry, mieli faktycznie szanse na powodzenie w tej dziwnej misji, gdzie w jednej drużynie spotkały się wyrzutki z tak różnych krańców świata. Popatrzył na Milczka, to na Kruka i nie widząc w nich towarzyszy do konwersacji zwrócił się do Calevana.
OdpowiedzUsuń- Dobrze prawicie - szepnął. - Trzeba nam mieć broń na pogotowiu, a dokładniej, plan. Myślę, że właśnie dobrze byłoby sprowokować, którego, dać w zęby i na postronku, nad ogniskiem przepytać z tego i owego.
Uśmiechał się żegnając bywalców i gospodarza.
Wolfgang ziewnął przeciągle, po czym zgarnął po drodze wszystkie osoby z grupy.
OdpowiedzUsuń- Nu chłopaki, idziem spać. Rychło szybko, cobymy rano mieli pełnię sił.
Nie czekając wyszli szybko na dwór i podążyli do domu wskazanego przez Herszta.
- Teraz kurwa biegusiem sprawdźcie okolicę domu i się barykadujemy w środku. Żadnego łażenia bez potrzeby. Trzeba pomyśleć i pogadać.
Oczy bystro przepatrywały co ciemniejsze miejsca w poszukiwaniu ruchu i niebezpieczeństwa. Po tym jak już grupa sprawdziła perymetr wybrali sobie odpowiedni pokój i usiedli jak komu wygodniej. Bez żadnego światła.
- Nu to podsumujmy co i jak. Mówi jeden, reszta słucha i nasłuchuje, także jak kto podniesie głos to czuwa całą noc.
Liam usadowił się na zydlu, czy też pieńku, w ciemnicy nie szło się dopatrzeć, tuż przy zakrytym błoną oknie. Niewiele było przezeń widać, ale zawsze coś, a i nasłuchiwać łatwiej niż przykładając ucho do litego drewna.
OdpowiedzUsuń-Ludność tutejsza jest raczej prosta i na sugestie podatna - zaczął półgłosem - nic więc dziwnego, że się prowodyrom nie oparli. Mam kilku podejrzanych, pewnie tych samych, co reszta. - skrzywił się, ale reszta wywnioskowała to raczej ze zmiany tonu niż widoku twarzy. -Kusznik, niebieskooki, garbonos i cwaniak, z którym grałem -wyliczył, na pozór obojętnie. -Któryś z nich, a najpewniej wszyscy, nas w nocy odwiedzą. -dodał jeszcze, artykuując to, co wszystkim na wątrobie leżało. Że kłopoty dopiero się zaczynają.
Rozejrzał się dookoła domostwa, sprawdził futryny okien i drzwi. Zadowolony z wyniku oględzin wlazł do środka, znalazł sobie zydel i siadł, siadł ciężko i czekał na sposobność do zabrania głosu.
OdpowiedzUsuń- Dla mnie kusznik to jakaś pierdoła, z którą jednak liczyć się trza. Może i nie jest wprawny, ale z bliskości wpakuje nam bełt i będzie dla kogoś po zawodach. Mnie się widzi, że kłopotliwe są te chmyzy co na uboczu stały, co gadać z nimi nie chciał nikt. Niebieskooki działa pod czyjąś presją. Usuńmy presję, a jego posłuch wykorzystajmy na naszą korzyść.
Mortis spojrzał na nich i upewniwszy się że nikt niepowołany nie słucha i się nie czai, uchylił trochę napoju który wziął ze sobą.
OdpowiedzUsuń- Mogę czuwać pierwszy jeśli o to chodzi, no chyba że nie darzycie mnie aż takim zaufaniem i boicie się że poderżnę wam gardła we śnie, nie bójcie sie gdybym chciał was zabić wykorzystałbym zamieszanie w gospodzie - uśmiechnął się - o mojej lojalności... Zvaere - rzekł w starszej mowie co oznaczało mniej więcej tyle że właśnie przyrzekł im lojalność, a jeśli przyrzekł używając szlachetnego ojczystego języka to nie zdradzi, ot kwestia honoru, słysząc uwagi Liama, westchnął i przekręcił oczami.
- Jeśli mamy być szczerzy to ludność tutejsza jest ciemna, nie żeby w moich stronach pospólstwo było mądrzejsze, ale widzicie wszędzie chyba, na całym świecie chamska masa jest taka sama, ciemna, tępa i podatna na sugestie, jak już zauważył Liam - obracał buzdygan w dłoni - powiem wam też że w pierwszej chwili - zastanowił się nad dalszymi słowami - miałem ochotę wyrżnąć tą hołotę.. ale większy będzie z nich pożytek jeśli będą żyw a nie martwi - mruknął Nilfgaardczyk
Siedzieli i rozmawiali, dysputowali o tym co należy zrobić. Zza błon okien dało się słyszeć rechoczące ropuchy, orkiestrę owadów i coś jeszcze. Z daleka niosło się ciche wycie, rumor i rozgardiasz. Coś niedobrego wisiało w powietrzu - wiedzieli co to. Tam za mszarem, nad którym teraz uniosła się mgła, leżały truchła zabitych. Teraz toczyły tam bój różnej maści trupojady, walczące o co bardziej smakowite kąski. W powietrzu dało się wyczuć coś jeszcze - brudny, lepiący się do wszystkiego strach. Nagle wśród dźwięków otaczającej ich natury wychwycili parę fałszywych nut. Pierwszym, który zareagował był Aleksander, kolejno Ragnir i Calevan. W powietrzu dało się wyczuć swąd dymu. Strzeliło pękające drewno.
OdpowiedzUsuńAleksander jak i Ragnir poderwali się jak na komendę. Bacząc na otoczenie, na zabarykadowane obejście wiedzieli, że mogą czuć się względnie bezpiecznie - czar prysł, gdy poczuli swąd dymu.
OdpowiedzUsuńNie czekając na innych, Kruk przeskoczył nad powalonymi z miejsca stołkami i taboretami. Dobiegł do jednego z okien, otworzył je i w tym samym momencie zmarł. Bełt wbił się pomiędzy oko, a nos z taką mocą, że żeleźce wystawały mu z potylicy. Ragnir doskoczył i ponownie je zamknął.
- Cholera jasna! Wystrzelają nas jak kaczki, albo spalą... Nolan, dawaj tarczę! Zasłaniaj mnie, gdy otworzę i będę strzelać!
-Kurwać! -wrzasnął Liam podrywając się na równe nogi i zaraz przypadając niżej, żeby nikt nie dojrzał jego sylwetki poprzez błony zastępujące szyby. Mężczyzna wiedział, że w pojedynku strzeleckim jest bez szans, od najmłodszych lat tak było, dlatego czekał co w tej materii uczynią lepsi od niego. Gdyby oczyścili mu pole tak, że mógłby wybiec i związać agresorów starciem na żelazo to co innego. Na razie jednak...
OdpowiedzUsuń-Co robimy, Wolfgang? -przekrzyczał Ragnira, umierającego Kruka i dźwięki z zewnątrz.
Z piskiem strzeliła deska. Zahuczała łapiąca ogień strzecha. Dymu nie było wiele, nie mniej dawał o sobie znać.
OdpowiedzUsuńCalevan poderwał się szybko - Wolfgang, ostrzelaj ich bo nie przejdziemy! - Calevan dobył miecza - Spar'le, spar'le! - krzyczał Calevan do Wolfganga, tym razem już pod wpływem emocji wyciągnął starszą mowę - Kiedy zrobi się luźniej wypadniemy a ty nas osłaniaj, nie wiem tu przy chacie musi być jakaś zasłona! - pilnował się by nie dostać bełtem - Jeśli to banda tych skrekk to obiecuję wam że będą konać długo - krzyknął.
OdpowiedzUsuń- Banda nie banda, jeśli mamy to załatwić tylko z nimi trzeba się sprężać. Biegusiem bierzemy stół i z niego robimy zaporę. Musimy co pewne wyjść z piekiełka. Czaić się nie ma co. Oni zaczęli.
OdpowiedzUsuńSzybko zabrał strzały i widoczne drobiazgi Kruka. Następnie wsunął pod niego ławę i przypiął pasem.
- Akcja szybka i albo wyjdzie albo mamy więcej pecha niż się wydaje. Podnoszę cymbała, w tym dymie gówno widać i może jeszcze bełta za nas przyjmie. Kurewstwo o tej sile, to jest kusza oblężnicza a ją nawet z kołowrotem będzie koleś minutę napierdalać. Zakładając, że bije z tej samej pozycji to jedyne co można zrobić to go zaszarżować. Wtedy wypadną jego kamraci i wyjdzie kto lepszy w te klocki. trzymajcie się blisko i pomagajcie innym. Lepiej we dwóch zaszlachtować jednego niż się prać w nieskończoność.
Spokojnie przygotował sobie kilka strzał z kolekcji Kruka i następnie spojrzał na towarzyszy.
- Nu, chopy, raz, dwa, trzy,
I wychylił z drzwi użytecznego jeszcze Kruka.
Coś z mocą jebnęło w stół i przywiązanego nań Kruka. Ktoś wrzeszczał ledwie przekrzykując coraz bardziej roztańczony ogień. Szybka ocena sytuacji. Na przeciw siebie mieli dwóch - jednego co naciągał kuszę, drugiego trzymającego w ręku paskudnie wyglądającą rohatynę. Na lewo od nich, w pewnym oddaleniu od ściany stał niebieskooki celujący właśnie z kuszy - ręka mu lekko drżała. Po przeciwnej stronie, znaczy po waszej prawej kolejnych dwoje rzezimieszków - obaj uzbrojeni w siekiery. Tego co onczas w gospodzie z kuszą, nie było widać, ani słychać.
OdpowiedzUsuńLiam obserwował poczynania Wolfganga ze zdumieniem, szybko jednak pojął zamysł tamtego. Gdy tylko ława została podniesiona ustawił się tuż przy drzwiach, z bronią w ręku. Na razie skryty za framugą był gotów wyskoczyć i zaszarżować jak tylko usłyszy odgłos trafiającego bełtu, albo zobaczy, że któryś z towarzyszy startuje. Nie miał zamiaru wybiegać pierwszy, wolał puścić przodem kogoś innego i zająć się chronieniem tyłów.
OdpowiedzUsuńWolfgang błyskawicznie puścił stół, i naciągnął łuk. Pierwsza strzała poszybowała gdzieś lekko w bok, natomiast następne trzy już bezpardonowo wbiły się w ciała przeciwników. Z jakim efektem tego nie wiedział, acz widział, że trafienie w niebieskookiego spowodowało jego zgięcie się i wypadnięcie bełta z łoża.
OdpowiedzUsuńCzłek z rohatyną dostał prosto w dłoń trzymającą rzeczone narzędzie.
Pechowy kusznik zagulgotał po tym jak strzała wbiła mu się od góry przy kołnierzu i na pewno spowodowała poważny dysonans w jego pieśni życia.
Następnie dał sus w bok i przygotował kolejne strzały do tańca.
Szedł i osłaniał tyły - trzymaną tarczą blokował czysty strzał, robił wszystko byleby być potrzebnym. Po wyjściu na zewnątrz zasłonił tarczą towarzyszy, w szczególności Wolgfganga, gdy ten szył niby demon. Do trafionego w rękę doskoczył i uderzył mocno, solidnie, płazem. Bił aby obalać i oszołomić - potrzebowali pewnych informacji. Wzrokiem błądził szukając kusznika - tego, którego brakowało w rozliczeniu. Zasłaniając tarczą siebie lub kogoś chciał uniemożliwić mu działanie.
OdpowiedzUsuńLiam szedł obok Nolana, gdy Ragginis zajął się rannym w rękę sam wziął na siebie starcie z kusznikiem. Ponieważ tamten już był ranny wystarczyły dwa szybkie ciosy, po rękach, niespecjelnie głębokie zresztą, ot by uczynić go bezbronym, a później w ruch poszedł płaz, głownia, pięść, czy kolano. Słowem wszystko, czym można było ogłuszyć. Rozprawiwszy się z przeciwnikiem obejrzał się szybko. Wolfgang nadal strzelał, Nolan go osłaniał, Milczek z Nilfgaardczykiem zajmowali się dwójką z siekierami. Największym zagrożeniem był w tym momencie niebieskooki, ranny, ale najwyraźniej nie na tyle, by nie próbować na nowo naciągnąć kuszy.
OdpowiedzUsuń-Uwaga na lewą -wrzasnął do Wolfganga, wymijając osłonę Nolanowej tarczy, aby zbliżyć się do szefa, a tym samym do wrogiego strzelca. -Zdejmiesz go, czy ja?! -usiłował przekrzyczeć zamęt.
Gość z siekierą dość szybko nią wymachiwał, ale było to zwykłe tępe rąbanie, bez żadnego kunsztu sztuki fechtunku, toteż Nilfgaardczykowi łatwo szło z zabiciem gościa, wyprowadzał wyuczone cięcia mieczem, odsłonił się.
OdpowiedzUsuń- Mam cię - chlasnął mu po tętnicy szyjnej, jucha walnęła ostro opryskując lekko odzienie Calevana - parszywiec - splunął i spojrzał gdzie jeszcze do walki się włączyć.
Wolfgang szybko rozejrzał się po sytuacji. Wzrokiem starał się wypatrzyć rzeczonego kusznika.
OdpowiedzUsuń- Żywcem. Może nie mieć ręki, ale żywcem brać! Póki nie będzie za groźnie, wtedy bez pardonu. Ino żeby mówić mógł.
Skoczył w stronę bardziej zaciemnionego miejsca.
Przykucnął i próbował odnaleźć inne źródła niebezpieczeństwa oraz przeanalizować sytuację.
Liam krótko skinął głową i skoczył w stronę niebieskookiego, aby zdążyć go dopaść, zanim wystrzeli kolejny bełt. Riv poruszał się bokiem do tamtego, aby być trudniejszym celem, a w ostatniej chwili przykucnął, wyprowadzając niskie cięcie, którego tamtem w teorii nie miał szans zablokować.
OdpowiedzUsuńWalczyli szybko i nie dawali pardonu - Wolfgang kontent ze sprawności towarzyszy czuł, że faktycznie mogą wyjść z tego cało. Prawie, bo dla Kruka nie było już szansy na ujrzenie jutrzenki. Leżał z bełtem wbitym po same lotki w głowie. Z dziury sączyła się krew wymieszana z fragmentami to kości, to tkanki, to mózgu. Parszywy widok w iście parszywym otoczeniu. Mało brakowało, a Milczek skończyłby podobnie; różnica polegała w środku, a był nim rzucony topór. Nolan jednak baczył na towarzyszy i niby anioł stróż, pojawiał się to tu, to tam, doskakiwał i przejmował uderzenia, zasłaniał innych i ciął. Ciął okrutnie, a Liam szedł mu w sukurs i dożynał, doskakiwał i atakował dalej. Calevan czynił wokół siebie burzę, siekąc i młócąc cepem. Znać w nim było wprawnego fechmistrza, czy raczej agresywnego dyplomatę jakim się powiadał. Minął moment, a całkowicie zdominowali pole walki. Boju, który wciąż się toczył. Zza chaty, zza pleców niebieskookiego wynurzyło się trzech chmyzów. Obserdaków z siekierami - Liam szybko skonstatował, że w pojedynkę nie byli dla niego żadnym zagrożeniem. Pech chciał, że było ich trzech, a on wciąż miał świadomość obecności kusznika. Od przeciwnej strony chaty wyskoczyła następna trójka, tym razem zasadzając się na Wolfganga. Milczek nie dołączył do dalszej walki - bełt nie wiadomo skąd trafił go w ramię z mocą, obalając. Postrzelony w dłoń i ten drugi, rzucili się na niego - to był moment, gdy uderzony z mocą, raz, drugi, zesztywniał, zatrzepotał kończynami niby ryba wyciągnięta na brzeg.
OdpowiedzUsuńKusznik stał poza ich widnokręgiem, w pewnym oddaleniu od palącego się domu, na którego tle widział zarysy walczących. Nie wiedział już kto swój, kto wróg, czekał z nałożonym pociskiem i celował.
Wolfgang nie czekał aż trójka z siekierami skróci dystans, tym razem nie było pardonu. Powietrze zaroiło się od strzał uderzających z większą precyzją.
OdpowiedzUsuńJeden padł charkocząc zdziwiony jak strzała mająca przebić jego krtań lekko zwichrowała i przeszła rozrywając arterię. Wszystkiemu towarzyszyła struga krwi i rozpaczliwe trzymanie się życia.
- Terminus est.
Drugi miał jakoby więcej szczęścia, gdyż rażony został w brzuch i pewnie dobiegłby aby zagrozić Wolfgangowi ale kolejna strzała przybiła jego stopę do ziemi i wykopyrtnął się wbijając wcześniejszy pocisk ze skutkiem terminalnym.
- Terminus est.
Mruknął po raz kolejny Wolfgang po czym ryknął na całe gardło i kurcgalopkiem popędził dziko oddalając się od ostatniego napastnika,
- Kurwaaaa!!
W międzyczasie nie tracąc rezonu zmniejszył liczbę napastników mających zamiar zaatakować Liama o jednego. Prosto acz dobrze, z boku w komorę.
Liam nie tracił czasu ni oddechu na klątwy ani rozglądanie dookoła, skupił się na tym, by jak najcelniej uderzyć niebieskookiego. Celował w miękie, krocze czy podbrzusze, wrednym cięciem w ósmą. Ponieważ wcześniej przykucnął było to dziecinie łatwe. Rany wrzasnął wypuszczając broń i zwinął się, usiłując poniewczasie chronić witalne części ciała. Twarz Riva wykrzywił paskudny uśmieszek samozadowolenia, szybko jednak zmazany widokiem zbliżających się kolejnych trzech prześladowców. Dwóch, bo ostatni właśnie oberwał celnie wypuszczoną strzałą. Mężczyzna poderwał się i skoczył na pierwszego, od boku, by uniknąć siekiery. Nie było sensu bawić się w parowanie, liczyła się szybkość i zwinność. Tych na szczęście Ravenowi nie brakło, zdołał więc ciąć tamtego w nieosłonięte lico. Na więcej nie starczyło czasu, trzeba było odskakiwać przed drugim, który zatrzymał się i obrócił w stronę Liama, próbując dosięgnąć go swoją siekierą. Riv odskoczył, do tyłu i wbok, wydostając się z zasięgu i znów błysnął zębami w uśmiechu godnym młodego wilczka.
OdpowiedzUsuń-No choć, kurwi synu, pokażę ci jak walczy prawdziwy mężczyzna. -spróbował sprowokować tamtego.
*Dobiegł do Liama uważając na kusznika* Chyba lepiej było ich pozarzynać*warknął* Kurwie syny*sapnął, lamus z siekierą który rzucił się na Riva nie miał szczęścia, Calevan przeszył jego plecy mieczem* Pokaż innemu jak walczy prawdziwy mężczyzna *mruknął i lekko wiercąc w środku mieczem, wyrwał ostrze, spływało krwią tak obwicie że przez moment mogłoby się wydawać że Calevan od złych mocy wsparcie dostał, i piekielnym krwawym mieczem zaczął wywijać* Jeśli będą jacyś jeńcy służę...torturami*mruknął, umiał zadawać ból, i uwielbiał to robić*
OdpowiedzUsuńPróbował odpędzić zbirów z nad powalonego Milczka. Wbiegł w pierwszego taranując go tarczą, uderzeniem głownią pozbawił przytomności drugiego. Rozglądał się i wycofywał w stronę walczącego Liama. Zasłaniając się tarczą wypatrywał oznak działań kusznika.
OdpowiedzUsuńPrzez twarz Ravena przemknął cień zawodu wywołanego niespodziewaną pomocą Nilfgaardczyka. Poradziłby sobie sam, był tego pewien, ale ten cholerny... No trudno, w takiej sytuacji należało poszukać nowego wroga. Czy też raczej starego. Poderwał głowę, bacząc który z rannych daje znaki życia i przejawia chęci do dalszej walki.
OdpowiedzUsuńPozostali przy życiu walczyli zaciekle, choć nie tak skutecznie jak ich rywale. Walka widomie miała się ku końcowi. Ktoś wrzasnął - to człek szalony, z siekierą oburącz trzymaną, rzucił się na zajętego robotą Nolana. Siekiera niechybnie spadłaby i rozłupała łeb wojownika, gdy wtem bełt z mocą wbił się w głowę atakującego. Siła uderzenia miotnęła nim nieznacznie, wystarczająco jednak aby opadające ostrze nie zabiło, a jeno zawadziło o ramię Ragginisa.
OdpowiedzUsuńLudzie wyszli, aby obaczyć cóż to za hałas, cóż to za gwałt ma miejsce. Było ich wielu - można było przyjąć, że cała wieś się zebrała. Tubylcy patrzyli, a w ich oczach odbijał się obraz płonącego obejścia. Trupy ścieliły się na ziemi. Ranni to łkali to rzęzili przeraźliwie. Paru z napastników schowało się w ciemności, umknęło pomiędzy chaty i pewnikiem w stronę bagien.
Byli zmęczeni, ranni od lekkich cięć i trochę obtłuczeni, ale pomimo straty dwóch milczących towarzyszy - aby ich milczenie dało im bardziej radosne życie w zaświatach - stali twardo i pewnie. Naprzeciw siebie mieli wielu ludzi z siekierami, to z łopatami, widłami. Lekko na uboczu, niedaleko miejsca walki pojawiła się jeszcze jedna postać - aktor dramatu. Kusznik opuścił broń i szedł z podniesionymi rękoma.
Wolfgang podniósł głos, żeby go słychać było i donośnym basem ciepło zahuczał.
OdpowiedzUsuń- Ludziskaa, pomóżta z tem chędożonem ogniem bo ktosik nam chciał chatę ogrzać, ale w piecu napalił naszą strzechą. No nuże! Trza to wodą zalać. Ty, ty i ty.
Zaczął wydawać rozkazy tonem który brzmiał jak stal. To już nie był spokojny człek. To był głos przyzwyczajony do wydawania poleceń... Chłopstwu.
- Bierzcie skopki i wiadra i zacznijcie wysoko lać wodę. Żar nie skoczy na inne domy, ale nie rzekniecie mi, że tuż po deszczu chałupa jak świeca w ogniu stanęła. Tych co tu leżą nie ruszać. Będzie czas, odpowiedzą przed wami za swoje wyczyny bo to wam w gościnę krew i żelazo zanieśli. Niepokój ...
Zatrzymał się w pół zdania, wyszczerzył się i odwrócił do Liama i Calevana.
- Śliski, Gładki kontynuujcie i w wolnej chwili zwiążcie jeńców od aktywnych zaczynając. Ja muszę Mędrkowi pomóc.
Ruszył spokojnie wymijając co żywszych rannych po drodze chowając strzały do sajdaka.
Podszedł do Nolana i obejrzał ranę, a następnie narzędzie, którym była wykonana.
Splunął i wyjął z torby opatrunek. Podszedł do jednej z chat i sięgnął przy jednej z belek zgarniając trochę pajęczyny. Dołożył do niej trochę śmierdzącej maści i odłożył gotową substancję na szmatkę.
Następnie pomógł Nolanowi zdjąć ubranie i przeszywanicę, żeby odsłonić ranę.i ją opatrzyć.
- Do wesela się zagoi.
Po czym spojrzał na działania towarzyszy.
Riv skinął głową słysząc rozkaz Wolfganga. Zanim schował miecz przetarł go kapotą któregoś z trupów, a potem, wraz z Nilfgaardczykiem, zabrali się za sprawdzanie żywotności leżących i sukcesywne związywanie tych, którzy jakąś wykazywali. Co chwila jednak rozglądał się co też robią chłopi, niepewny, czy nie zechcą się na nich rzucić, wściekli za zaistniałą sytuację nie na tych, na których powinni się złościć. Tłum nigdy nie myślał logicznie, a on nie miał ochoty za kolejne zabijanie. Zwłaszcza, że w starciu z całą wioską nie mieliby szans.
OdpowiedzUsuńPodszedł do jednego z ocalałych, mhm on chyba był co najwyżej posiniaczony i dobrze, dłużej pożyje* Módl się o szybką śmierć, kiedy wpadniesz w moje ręce będziesz o nią błagał - wyszeptał grobowym tonem mężczyźnie do ucha - ale na razie co byś wieprzku nie uciekł to cię zwiążę jak bydle - splunął mu w twarz, zaciska mocno powrozy co by jeszcze im bólu zadać - Leż wieprzku leż, kto wie może jak z tobą skończę to cię wydam wieśniakom, na pewno będą zadowoleni kto ich wioskę na pożar naraził - zaśmiał się zadając kopniaka w żywot ofierze.
OdpowiedzUsuńMężczyzna podziękował skinieniem głowy i zabrał się za gaszenie pożaru - bądź co bądź, warto było pomóc chłopstwu widząc, że Liam i Calevan robią swoje. Ciężka praca opłacić się musiała - zawsze to dodatkowe punkty na ich korzyść, a po przemowie Wolfganga pewien był sukcesu. Nie rozumiał jednak kusznika, jego działania i intencji - pozostawił to jednak hersztowi.
OdpowiedzUsuń"Sami niechaj się głowią" - pomyślał i wrócił do gaszenia pożaru.
Płomień, ambiwalentny żywioł dający ciepło i zarazem przerażający jak żaden inny podziałam dzisiaj z wyjątkowym okrucieństwem. Widmo czerwonego kura uderzyło do świadomości obserwujących zajście ludzi. Sięgnęli po co tylko mieli, a że działo się na bagnach, śmierdzącej wody mieli pod dostatkiem. Działali tedy w pocie czoła i innych członków ciała, byleby ugasić pragnienie szalejącego płomienia. Pomoc innych była nieoceniona. Minęło kilka dłuższych chwil, gdy pożar został zneutralizowany, a mężczyźni pogratulowali sobie dobrej roboty. Przyszła kolej na nich.
OdpowiedzUsuńWciąż dychających było troje, mogli znaczącą się przyczynić do ewentualnego ułatwienia ich misji - wymagane informacje skrywali w głębi swoich obitych czaszek. Wystarczyło po nie sięgnąć, znaleźć klucz i dopasować go tak, aby złamać opór i wydobyć do, i tylko się da.
Miejscowi dali wam schronienie w głównej izbie. Kilkoro weszło z wami - stara baba, herszt, kusznik i jeszcze dwóch.
Wolfgang rozejrzał się po zebranych i ciężko westchnął.
OdpowiedzUsuń- Żesz ja pierdolę. Dwóch towarzyszy zatłuczonych jak świniaki. Jeńcy są nasi i my z nimi porozmawiamy. Mam kurwa dość konwenansów.
Splunął na klepisko i popatrzył na swoich towarzyszy.
- Jeśli chodzi o kusznika, to poczeka na swoją kolej. Najpierw zajmijcie się pozostałymi. Przeszukajmy ich, przygotujmy do obróbki i przesłuchajmy.
Zwrócił się do herszta i staruszki.
- Chcecie coś dodać? Aktualnie jesteśmy jeszcze lekko poirytowani całą sytuacją, także kontrolujmy nasze wypowiedzi.
Mortis uśmiechnął się drapieżnie, kopniakiem przewrócił związanego jeńca którego już wcześniej sobie upatrzył.
OdpowiedzUsuń- No wieprzku...czas na Ciebie - mruknął Nilfgaardczyk i sięgnął dłońmi w poły jego ubrania, celując oczywiście w kieszenie, jego ofiara jeszcze nie wiedziała jakie to ciekawe plany ma Calevan wobec pojmanego jeńca.
- Szefie, mogę się zająć nim? - spojrzał na Wolfganga - skurwysyn nie ma ani monety przy sobie - mruknął do siebie - gwarantuję że wyduszę z niego to i owo! - zawołał. - A jak będziesz jeszcze dychał to się Ciebie bratku powiesi, albo na pal nawlecze, wierz mi...umiem zadawać ból - jego ofiara była coraz bardziej przerażona, fakt wpadł w łapy chyba największego sadysty w tej drużynie.
Liam skrzywił się słysząc groźby Calevana. Co jak co o okrucieństwie Nilfgaardczyków wiedział dużo, nie miał ochoty na kolejny pokaz... Podszedł do Nolana i cicho poprosił:
OdpowiedzUsuń-Zostań z nim, przypilnuj, żeby nie szalał za bardzo, a my ułagodzimy sytuację z chłopstwem.
W ślad za Wolfgangiem przekroczył próg chaty i popatrzył po zebranych:
-Przepraszamy za wszystko, pożar i trupy. Broniliśmy się. Mieliśmy prawo. -wyjaśnił, starając się brzmieć pewnie i spokojnie.
Nolan przystąpił do Calevana, przyjrzał się jego wybrańcowi. Tykał go jak gdyby tykał świnie, a on sam pełnił tu rolę rzeźnika szukającego co lepszego kawałka mięsa. Uśmiechnął się niby wilk.
OdpowiedzUsuń- Dajmy mu szansę, aby mógł odkupić winy - zwrócił się do jeńca. - Widzisz tego tam? Tak, tego co złorzeczy? Nazywamy go niedźwiedziem i to nie dlatego, że kudłaty czy wielki, a dlatego, że z dopadniętej zwierzyny wywlecze wszystko. Jeżeli wytracisz naszą cierpliwość on zatłucze cię na śmierć, zatłucze tak, abyś czuł karę za każdy grzech swego doczesnego żywota. Tedy aby oszczędzić sobie cierpienia... ognia... soli... szczurów w kiszkach... będziesz mówił. Opowiadał o wszystkim, a przede wszystkim o tym, skąd się tu Kurwa wziąłeś i kim właściwie jesteś.
Herszt patrzył na towarzystwo nie wiedząc zbytnio co powiedzieć. Z jednej strony czuł ulgę, teraz jednak odczuwał coś jak gdyby strach, przerażenie. W oddali coś zawyło, a raczej zaryczało przeraźliwie. Dało się słyszeć krzyki i atak paniki, zawieruchę.
- Żesz Kurwa! - doleciało zza drzwi. - Kurwaaa! Ludzie... Uciekajcie... Ku.... - "rwa" już nie dosłyszeli.
Zza okiennic i ścian docierały niepokojące dźwięki. Coś bardzo niedobrego miało właśnie miejsce. Jeńcy byli przerażeni. Herszt zbladł zupełnie. Jedynie babka nie wyglądała na speszoną. Dziwnie jej w oczach błyskało. Coś niepokojącego biło od tej kobiety (czujecie strach). Liam zerknął przez szparę w deskach okiennicy - na zewnątrz szalała wataha... człekopodobnych... biegających, a raczej skaczących sinych monstrów.
- Skąd one? - herszt zwrócił się do kobiety, ta zaśmiała się chrapliwie.
- Myśleliście, że tak łatwo przyjdzie wam zakłócić mój spokój? Myślicie, że nie wiem kim jesteście? Najętymi zbójami! Mojej łakniecie śmierci! Szukaliście mnie w Cesarstwie - zwróciła się w stronę Calevana. - Uciekłam, zapomniana, ale po latach przypomnieliście sobie o mnie śmiecie. Nie pozwolę zabrać się przed jego oblicze. Prędzej zamienię to miejsce w pogorzelisko, a wami moje psy nakarmię!
- ŻESZ KURWA JEGO JEBANA MAĆ!!
OdpowiedzUsuńRyknął jak rozjuszony Wolfgang skutecznie zagłuszając dantejskie sceny dziejące się na zewnątrz.
Huknął pięścią w pobliski mebel posyłając go w ścianę i rozwalając w drzazgi.
- CZY MY WYGLĄDAMY JAK BANDA PIERDOLONYCH NAJMITÓW!? TYM BARDZIEJ CZARNYCH ŚMIECI!? KIMŻESZ TY JESTEŚ ZASMARKANA WĄCHACZKO FISSTECHU, ŻE UWAŻASZ SIĘ ZA PIERDOLONĄ FILIPPĘ EINHART, CZY INNĄ STOSMRÓDKĄ Z DOLINY PONTARU!? JESTEŚMY KURWA ZORGANIZOWANĄ GRUPĄ KTÓRA DO TEJ PORY MIAŁA W DUPIE TWOJE FANABERIE!! A TERAZ CO? WYRŻNIESZ CAŁĄ WIOSKĘ BO PRÓBUJESZ COŚ ZAMASKOWAĆ?
Górował nad całym pomieszczeniem ciężko dysząc i na przemian rozkurczając i zaciskając pięści.
- KURWAAAA!!
Słysząc wrzask Liam jak oparzony odskoczył od okiennicy i nieprzytomnie rozejrzał się dookoła, bezwiednie chwytając za miecz. Nie patrzył wcześniej na staruszkę, więc nie odczuł dziwnego wpływu jej osoby. Teraz poczuł się nieswojo, ale otrząsnął się niczym pies z wody. Skrzywił się, gdy zorientował się w czym rzecz. Wszystko wymykało się spod kontroli, ale Riv nie miał zamiaru dać się zastraszyć byle wieśniaczce. Baba zdawała się kojarzyć Calevana ("Kurwać, wiedziałem, że Czarny problemy tylko ściągnie" przemknęło mu przez myśl), herszt stał jak osłupiały, Wolfgang wydzierał się niby kapral na świeżaków, a poza chatą coś hałasowało, przemieszczało się i, sądząc po dźwiękach, mordowało.
OdpowiedzUsuńPrzenikliwy gwizd wdarł się w harmider, wysokością tonu przebił groźby babki, złorzeczenia Wolfganga, głosy straszących jeńców Calevana i Nolana, błagania tych ostatnich. Widząc, że zdobył uwagę, Liam wyjął palce z ust i rzucił:
-Szef przestanie, te monstra już dobrze wiedzą, gdzie siedzimy -skrzywił się i splunął.
-Ty -spojrzał na babkę -opanuj się, nic do Ciebie nie mamy, nie wiemy kim jesteś i gówno nas to obchodzi. No chyba, że te stwory to naprawdę twoja sprawka, ale wtedy nie nam się będziesz tłumaczyć, ale im -wskazał na herszta wioski, który blady i drący widno próbował coś powiedzieć, ale brakło mu charakteru.
-A wy chłopaki -nie odwrócił się w stronę reszty drużyny, nie musiał -uciszcie naszych niedoszłych morderców, albo wystawcie na dwór, niech się bestie nażrą i nas w spokoju zostawią.
Na ostatek skierował spojrzenie w stronę kusznika i tamtych dwóch, co do tej pory milczeli.
-Wiecie co to za cholerstwo grasuje po wsi i jak się zarazy pozbyć? -zapytał po prostu, chociaż z miny łacno można było wywnioskować, że wcale mu się na zewnątrz nie spieszy. Uznał jednak, że jeśli ma udobruchać chłopów udawaniem swojego człowieka to tak właśnie powinien zareagować.
Nilfgaardczyk mimo tego że w pierwszej chwili zadrżał na słowa starej kobiety, zignorował to nie znał ani jej ani sprawy o jaką jej chodziło.
OdpowiedzUsuń- Stul pysk kobieto! Bierzesz nas za kogoś innego! Czy ja ci wyglądam na pierdolonego czarnego? Co? Czy ja mam złote słońce na piersi? - w tej chwili cieszył się że sobie takiego tatuażu nie zrobił - Jestem dumnym synem tej ziemi - mówił z aedirnskim akcentem - Obrażasz poległych w obronie tej krainy i jeśli nie przestaniesz kłapać mordą to najpierw ci ogolę łeb, a potem na pal nabiję - wrzasnął Calevan,
A kusznik wcale nie wrzasnął, zbladł co prawda, ale nie wydał innego dźwięku poza tym, ze spuścił bełt z szybko dobytej, leżącej kuszy. Bełt z godną pozazdroszczenia finezją trafił prosto między jej oczy i wyszedł z drugiej strony tworząc swoisty nowoczesny fresk na dotychczas nudnej ścianie. Herszt osłupiał, podobnie reszta - chłop moment zrozumiał i odrzucił od siebie kuszę, jak gdyby parzyła i uniósł dłonie. Za ścianami budynku rozległ się dziki skowyt. Bestie miast atakować zgraną grupą rzuciły się sobie do gardeł. Po chwili sprawa ucichła, a babie puściły zwieracze.
OdpowiedzUsuńHerszt stał osłupiały nie wiedząc zbytnio co zrobić. Patrzył to na kusznika, to na zwłoki to na pozostałych w komnacie ludzi. Jak się miało później okazać, w trakcie mało kulturalnych rozmów, baba jak i kilkoro miejscowych wzięło was z początku za cesarski oddział. Baba - stara wiedźma - z dawien dawna służyła na terenach cesarstwa. Jakimś przykrym incydentem przysporzyła kłopotu miejscowemu władyce, który zawziął się na nią i obiecał nagrodę za łepetynę - było to, jeśli wierzyć znalezionym dziwnym listom - jakieś pół wieku temu. Jeżeli stary cap żył, to można byłoby mu dostarczyć zalany miodem czy inną smołą łeb i zgarnąć nagrodę. Po jej śmierci, działające pod wpływem czaru bestie zaatakowały. Problem tkwił w braku zrozumienia natury alghuli - czyli dość paskudnych trupojadów. Samice miały to do siebie, że żyły samotnie i były znacznie większe od żyjących w grupach samców. Po pęknięciu czaru ich zmysły wzięły górę i zamiast bawić się w makabrycznych drapieżników, rzuciły się sobie do gardeł walcząc o nowe terytorium. Ludzie byli przerażeni i choć wydawać by się mogło, że zginęło pół wsi, pomarło jeno dwoje ludzi - jak się też miało okazać, wyjątkowo zajadłych skurwysynów o reputacji godnej tego aby utopić ich w gnojówce. Paradoksalnie, ale zasługa pozbycia się złego spadła na drużynę nikomu nie znanych wojaków.
Wolfgang spokojnie zmierzył Herszta i zaczął wydawać rozkazy,
OdpowiedzUsuń- Nolan stań przy drzwiach i obserwuj okolicę. Jakby coś się jeszcze miało zbliżać, wołaj, charcz. Wydaj jakiś głośny dźwięk.
Spojrzał w stronę jeńców.
- Wybierzcie tego w najgorszym stanie chłopaki, i za chwil parę zaczniemy z nim rozmawiać. W tym tu pokoju, bo i tak śmierdzi i krwią uwalon.
Westchnął i spojrzał na kusznika.
- Chętnie teraz wysłuchamy Twojej części historii. A rączki trzymaj wysoko. Nerwowa atmosfera.
Uśmiechnął się.
Liam spojrzał najpierw na Wolfganga, a później na chłopów zgromadzonych w chacie i na kusznika. Jednego był pewien, zanim zaczną rozmawiać z jeńcami reszta obcych musi zniknąć. W jakikolwiek sposób, ale lepiej bezkrwawo, aby nie prowokować reszty wieśniaków.
OdpowiedzUsuńPozostawił rozmowę Auerbachowi, on w końcu był szefem. Zgodnie z rozkazem podszedł do Calevana i półleżących rannych.
-To... kto chce mówić i umrzeć szybko, a który woli zgrywać bohatera? -spytał, starając się brzmieć lekko, niemalże konwersacyjnie, chociaż coś mu się w środku przewracało. Nie przepadał za torturowaniem i wymuszaniem zeznań, ojciec za życia powtarzał mu, że w tym nie ma honoru. Z drugiej strony kanalie zabiły dwóch z oddziału, a to nie zasługiwało na miłosierdzie.
Calevan uśmiechnął się, tortury nie zając...nie uciekną, cały czas miał nadzieję że zasób informacji jakie zbierze z tej ziemi dla swoich zwierzchników będą wystarczające.
OdpowiedzUsuń- Ja tam bym wolał by to byli bohaterowie - zaśmiał się - nie!? Ja nie mogę patrzeć na katowanego człowieka towarzyszu - uśmiechnął się i zrobił zdegustowaną minę - jeżeli bije ktoś inny- dokończył Nilfgaardczyk - Przedstawię wam zasób atrakcji które czekają na was z moich rąk - spaceruje między jeńcami - mogę was powiesić, ale mogę was powiesić albo na linie...albo na łańcuchu - doskonale wiedział jak paskudny jest łańcuch, widział to nie raz i nie dwa - mogę was na palik nawlec, koni nie ma ale poradzimy sobie - poklepał przerażanego jeńca po głowie - można wam też jedynie boczków i piętki przysmażyć - naturalnie pytanie który chętny na przesłuchanie jest retoryczne, i tak się spotkamy - uśmiechnął się.
- Szefie! - ryknął na niedźwiedzia - Ja gotów do pracy! - zarekomendował zacierając ręce, był prawdziwym sadystą i tylko na to czekał.
Nolan obserwował całe zajście z nieukrywanym zdumieniem podniesionych brwi. Ciało ospale reagowało na wydarzenia mające miejsce w tej izbie - zmęczenie robiło swoje. Szok jakiego doznał przed paroma chwilami, podyktowany trupożerami i czarnoksięskimi sztuczkami - nie należał do ludzi zabobonnych, jednakże magię uważał za zło konieczne i zarazem przerażające.
OdpowiedzUsuńStanął przy drzwiach i gestem ręki wskazał wieśniakom wyjście. Czekał, aż opuszczą lokal wszyscy ci co nie powinni widzieć, to słyszeć rzeczy jakie będą miały tu miejsce. Na wypowiedź Calevana skrzywił się demonstracyjnie.
- Powiesiłbym ich za nogi, a pod nimi rozpalił ognisko - splunął. Mówił spokojnie, jakby nie było to cokolwiek bulwersujące czy paskudne. - Mało kto wytrzymuje takie przypiekanie.
Kusznik nie odezwał się od razu - kazał na siebie czekać. Wedle własnej relacji jest najemnikiem, któremu zapłaconą złotem za usługę. Wykonawszy ją oczekiwał na spokojniejszy czas aby ruszyć dalej, w swoją stronę. Indagowany nie uznał za stosowne się przedstawić.
OdpowiedzUsuń- Moje imię, czy nazwisko nie jest ważne i nic nie zmieni - mówił, ale na określenie "Kusznik" reagował pozytywnie. - Urodziłem się w Temerii, ale nie jestem temerczykiem. Najemnik wyznaje monetę. Byłem już w Kaedwen, ale płacili słabo. Próbowałem do Koviru, ale tam mnie nie przyjęli. Działałem w Aedirn i później w okolicach Chołopola i innych.
Dlaczego pomógł im w działaniu?
- Przestało mnie to bawić. Nie lubię jak moja renoma jest wystawiona na szwank, ale ktoś z tych ludzi może kiedyś chcieć mnie nająć. Trzeba dbać o wizerunek, psia jego mać.
Bardzo spokojny i rzeczowy. Kulturalny i grzeczny co kłóci się z typowym wizerunkiem psa wojny. Zamierza udać się do Verden, gdzie podobno usługi kogoś takiego jak on mogą być przyjęte z szczodrością miejskiej szkatuły.
Herszt wyprowadził większość swoich ludzi na zewnątrz. Tam zajął się zaprowadzaniem spokoju - jak się okazało, nie było to wcale trudne. Śmierć baby przyniosła wszystkim jakiejś mentalnej ulgi.
Ranni dygotali. Upływ krwi i dość chłodny wieczór robiły swoje. Jeden z nich jąkając się zaczął wylewać potoki słów. Bzdurzył i gadał od rzeczy, że pochodzi nie wiadomo skąd, matka była murwą, a on sam nie wie dlaczego został pobity i wzięty do niewoli. Inny kłamał, kłamał nawet gładko, ale Calevan wyczuł, że bajdurzy. Inny gadał mało i z pewnym wyrzutem. Pochodzi z Murska (Kaedwen) i zwyczajnie działa tu na tych ziemiach jako dywersant. Pytany o innych wskazał jednego jako swojego partnera - całkiem prawdopodobne - ale reszta w jego określeniu nie znała motywów jego misji i bynajmniej, nie należą do wojsk Kaedwen.
Wolfgang przyglądał się poczynaniom towarzyszy spod przymrużonych oczu.
OdpowiedzUsuńWysłuchał wynurzeń Kusznika przerywanych krzykami i jękami przesłuchiwanych.
Wspomniał stare czasy i rozmowy z tymi na których polowali w trakcie wojny z oddziałem. Tamten przeciwnik był o wiele twardszy. Nie dość, że trudniejszy do pochwycenia to jeszcze tylko jeden na dwóch-trzech był skłonny do wyjawienia jakichkolwiek informacji.
Wtedy to była porządna walka, a nie szybka podjazdówka dwóch napalonych władców.
- Byli jeszcze jacyś, których widzieliście a nie wybrali się na nas?
Rzucił w trakcie kolejnej opowieści jak to dobrze jest w Verden.
- Nie będzie oczywiście wam przeszkadzało, że razem do Verden pojedziemy. Poczekacie dzień-dwa. Wojna się nie skończy tak szybko, a dobrym fachowcom pracy nigdy nie zabraknie.
Wstał i ruszył w kierunku wyjścia.
- Poczekajcie tu w środku aż się rapt na zewnątrz zakończy. Chłopi mogą nie zdzierżyć i chcieć prawo kłonicy zaprowadzić.
Po zakończeniu całej części oprawczej skierował się na zewnątrz.
- Chłopaki wynieśmy te ścierwa na stos i dołóżmy tych ścierwojadów wraz z właścicielką.
Mijając Nolana obejrzał stan opatrunku.
- Będzie trzeba się na poważniej zająć za jakiś pacierz. Wszystko się dobrze trzyma, ale nic nie stoi na przeszkodzie ranę oczyścić i nowy opatrunek założyć.
Po czym bardzo cicho szepnął.
- Jak Kusznik będzie próbował wiać to go zabij. Nie chcę, żeby pewne wieści za szybko dotarły głębiej w Kaedwen.
Następnie wyszedł na dwór pomóc z ogarnięciem chaosu po szaleństwie magiczki. Jak i po pożarze.
Liam, oparty o ścianę, z pozornie beznamiętną miną, obserwował poczynania Calevana i Nolana, którzy na poważnie zabrali się za przesłuchiwanie i katowanie. Nie pomagał im, nie przeszkadzał, patrzył jeno i słuchał. Podobnie bacznie popatrywał na Kusznika, którego pogawędką zajął Wolfgang. Coś mu się w tym człowieku nie podobało, ale jeszcze nie wiedział co. Może obojętność z jaką zastrzelił starkę, może historia, niby normalna w tych niespokojnych czasach, a jednak nieco zbyt ułożona... jakby specjalnie przygotowywana na taką okoliczność. Cóż, szef swój rozum miał, jeśli będzie jego, Liama, potrzebował to da z pewnością znak.
OdpowiedzUsuńSłysząc rozkaz poderwał się i złapał babę za nogi, aby wyciągnąć ją z chaty Nie silił się na delikatność, bo i po co wobec trupa się starać, gdy się przy tym posoką zalać można? Gdy już wykonał zadanie rozejrzał się po wsi, chcąc ocenić, czy z chłopów opadło napięcie wywołane ostatnimi wydarzeniami, czy też należy nadal zachowywać podwyższony poziom czujności.
- W rzeczy samej. Nie jest jednak źle. Mogło być gorzej - odpowiedział przechodzącemu obok Wolfgangowi. Na jego komendę skinął głową i skupił się, choć ukradkiem, na postaci Kusznika, wybawcy uciśnionych i dziewic. Pomógł reszcie załogi wyładować zwłoki na zewnątrz. Jegomości co pozostali dopytywał z ich misji, działań.
OdpowiedzUsuń- Widać, że było dużo krzyku o nic - rzekł wracając. - Na zewnątrz jakiś spokój nastał. Ludzie jakby bardziej żywi i to nie od tego, że musieli szybciej kulasami machać i uciekać. Coś w ich oczach się zmieniło.
Calevan tylko na to czekał, miał spore doświadczenie, robił tą robotę nie raz i nie dwa, chwycił wpierw łgarza, najbardziej nienawidził kłamców którzy gotowi byli zdradzić swoich byle ratować swoją zawszoną dupę, tym kłamcą był "baleronik" do którego Nilfgaardczyk zwracał się już wcześniej "wieprzku".
OdpowiedzUsuń- Choć tu - pociągnął go do siebie, podniósł i popchnął w kierunku stołu który ocalał i był na tyle solidny by móc przymocować do niego wystraszonego jeńca, mężczyzna miał już strach w oczach i słusznie, miał przed sobą prawdziwego demona.
- Teraz mi wszystko powiesz, ale co by Cię do mówienia skłonić i co byś przed śmiercią nam fałszu nie sprzedał - mówiąc to zdarł mu odzienie zostawiając mu jedynie portki w strzępach, szybko zmontował jakąś pochodnię, odpalił ją od dogasającego ognia - to trochę pośpiewamy - powolnym ruchem ręki tak by skazany widział co się święci, skierował płomień na pięty nieszczęśnika.
- Raz mały elfik szedł se drogą. Psia jego mać! - ogień dotknął celu, po chwili dało się wyczuć swąd spalonej skóry i oczywiście wrzaski ofiary.
- Ty kurwi synu pierdolony, chuj ci w rzyć nic Ci nie powiem - wrzeszczała ofiara szarpiąc się w grubych pętach.
Calevan nie będąc zadowolony z odpowiedzi jakiej usłyszał uśmiechnął się wrednie i odsunął pochodnie.
- Powiesz mi powiesz, wyduszę to z Ciebie, mam do tego rękę - uśmiech Nilfgaardczyka w tym momencie był bezcenny.
- Aż tu krasnolud dorypnął go nogą. Psia jego mać! - Skierował płomień po raz wtóry na stopy skazańca.
Twarz mężczyzny znów wykrzywiła się z bólu lecz i tym razem nie zamierzał nic powiedzieć.
- Twardy zawodnik - mruknął Calevan patrząc na spieczone stopy, musiał przejść do kolejnych partii ciała bo na te pewnie już nie reaguje.
Odstawił płomień po to by obejść skazańca dookoła, uniósł palec do góry i uśmiechnął się diabolicznie raz jeszcze podczas tego spektaklu.
- Oż ty kurduplu w rzyć trącany. Psia jego mać! - Tym razem wziął się za jego boczki - i pochodnia ponownie dotknęła ciała, opalał mężczyznę na całej długości boku do momentu aż nie usłyszał skwierczenia skórki, Calevan doszedł do wniosku że przypiekanie drugiego boku póki co na nic ale można spróbować, toteż wziął się za opiekanie drugiej strony ciała.
- Dobra! Dobra! Powiem wszystko ale mnie puść, przestań! - wył jak opętany - Jakoś ci nie wierzę - Nilfgaardczyk pomyślał że jeśli ma umrzeć to na jednym będzie mu naprawdę zależeć.
Sięgnął po miecz jaki dzierżył przy pasie i skierował go w kierunku dolnej części ciała ofiary, rozciął materiał całkiem sprawnie po to by wydobyć interesujacy go organ, wolnym ruchem zbliżył ostrze na członek i spojrzał na ofiarę.
- Powiem wszystko ty chory pojebie! - zawył ponownie.
- Szefie! Chyba jest skłonny do rozmowy! - zawołał Wolfganga.
-Już prawdę mówi -od drzwi dobiegł kpiący ton Liama. Riv wyniósł trupa wiedźmy na podwórze i wrócił, aby sprawdzić, czy Nilfgaardczyk nie przegina, a Kusznik czegoś nie kombinuje. -jesteś chorym pojebem. -syknął niby to wzburzony. W trzech krokach był przy stole i chwycił Calevana za przedramię prawej ręki. -Przecież powiedział, że wszystko nam powie! -popatrzył na Martisa ponad głową lezącego i poza zasięgiem wzroku reszty jeńców i mrugnął, krzywiąc twarz w lekkim półuśmieszku, aby zademonstrować, że żartuje i panuje nad sytuacją. -A jak Ci się nudzi to spierdalaj na dwór i podpal stos pogrzebowy, więcej tam z Twojej zajadłości pożytku będzie -stwierdził, lekko odpychając towarzysza.
OdpowiedzUsuńGdy tamten wycofał się Raven pochylił się nad przywiązanym do stołu i zademonstrował mu lekko zmartwiony, niemalże współczujący, wyraz twarzy.
-Wybacz, gdyby to ode mnie zależało... -mruknął, niby to przepraszająco, choć w zasadzie niczego konkretnego nie obiecał. Sięgnął do po bukłak i pomógł jeńcowi się napić. -Jeśli spróbujesz ich okłamać to... -skrzywił się wyraźnie - ... lepiej tego nie rób, będą wiedzieli. I wtedy nikt Ci nie pomoże.
Herszt wszedł blady na twarzy. Wyraz jego oczu mówił jednoznacznie, że nie aprobuje takich spektaklów. Kusznik nie wyrażał żadnej opinii - stał wsparty o ścianę i wydawać by się mogło, że impreza go nudzi - prawda była jednak inna, brzydził go swąd i widok palonego ciała.
OdpowiedzUsuń- Czemu miałbym mieć cokolwiek przeciw - odpowiedział Wolfgangowi i odwrócił wzrok od przypalanego człeka. - W podróży raźniej i bezpieczniej będzie. Czy widziałem? Kręciła się jakaś osoba, alem nie był pewien czyjej frakcji była stronnikiem więc nie strzelałem.
- Prawda to - do rozmowy dołącza Herszt. - Moi mówili, że ktoś się kręci po okolicy ale bali się podejść. Po ataku potworów odwaga im odeszła na dalekie marsze.
Jeńcy wyrazili dość jasno swoje zadanie. Ten co mówił wcześniej mówił po części prawdę, ale tylko po części. Przybyli z Kaedwen jako jeden z wielu oddziałów dywersyjnych. W przebraniu emigrantów mieli za zadanie podburzać prosty lud, siać niezgodę i później działać przeciwko ludziom Demawenda. Informacji o innych oddziałach nie znają - kto przygotował akcje nie chciał trzymać wszystkich w jednej kobiałce. Ich kontaktem jest niejaki Malfer, którego znajdą w Glenwik.
- Mości Herszcie, zostalibyśmy na dzień spokojny coby się wyrychtować. A o świtaniu wyruszymy. Od was zależy, czy jeszcze nas przyjmiecie jak wrócimy, a wrócimy, czy też będziecie okoniem stawać. Mam skromne wrażenie, że powoli się tu spokój zacznie wdawać.
OdpowiedzUsuńUśmiechnął się ciepło. Tylko jego oczy wyglądały jak obnażony miecz, niebezpieczne i hipnotyzujące.
- No chłopaki, najpierw idziemy się obmyć a potem oczyścimy co tam z ran jest, i założymy świeże opatrunki. Poza Twoim Nolan - niech tam chlebek swoje robi w ranie.
Następnie spojrzał pytająco na resztę grupy.
- O czymś zapomniałem?
-Mnie żaden nie trafił, za ciency na to byli -stwierdził Liam z lekką pogardą i nieco wyraźniejszą dumą w głosie. -a ten wieczorny opatrunek jeszcze się trzyma, więc mogę tu zostać i popilnować -wskazał na jeńców. -Bo w zasadzie to co z nimi robimy, szefie? Wieszamy, puszczamy żywych, zostawiamy chłopom, niech się pobawią za to, że z nich głupków robili i na całą wieś ściągnęli niebezpieczeństwo?
OdpowiedzUsuńCalevan spojrzał na Liama, rozumiał aluzję ale na za dużo sobie pozwolił, ale załatwi to później.
OdpowiedzUsuń- Zostawmy ich chłopstwu, oni wiedzą co zrobić - uśmiechnął się patrząc na opalonego gościa - powieście ich na tym drzewie - zasugerował wskazując wielkie drzewo.
- Jeśli chodzi o jeńców. To szybko ich zabijcie i dorzućcie do stosu. Nie ma być po nich zbyt wiele śladów. Skręćcie im karki, albo poderżnijcie gardła, tylko nie na widoku, bo nie ma co sobie dodawać kolejnych cierni do reputacji.
OdpowiedzUsuńSpojrzał się na Liama i dodał.
- Opatrywała się starka, lepiej to obejrzę bo mogła coś zamącić. Potem potrzebuję pełen garniec wody i najczystsze szmaty jakie się uda w jej chacie znaleźć. Bo teraz musimy też jej chatę przejrzeć. Mogą tam być zioła czy inne specyfiki co się zdadzą w podróży.
Splunął na ziemię. Rozejrzał się. Otrząsnął z wody i ubrał górę stroju.
- Nie ryzykujmy bez potrzeby. Na razie nas mało.
Słysząc o konieczności zamordowania jeńców Liam obrócił się w stronę Calevana.
OdpowiedzUsuń-Czyń honory, pojebie -wyszczerzył się, ale bez specjalnej sympatii.
-Myśli szef... -zasępił się -że od początku stara chciała nas pomordować i czymś mi zapaskudziła ranę? Jak mnie opatrywała to śmierdziało jak zioła, ale... szef się w sumie lepiej zna. Pójdę do jej chaty i wyjmę na wierzch wszystko co znajdę. -zaoferował się i nie czekając na potwierdzenie tak właśnie zrobił.
- Goi się, swędzi jak piekło w samo południe - uśmiechnął się cierpko. Na słowa Liama nie zareagował.
OdpowiedzUsuń- Mnie bitka za nadto nie uszczerbiła, ale skoro kolega chce na wyprzódki stawać na wachcie to ja se pierdolnę tam, pod ścianą wymoszczę sobie siennik. Siana tu widzę dostatek jest to i nie winno być trudności.
- Szefie? Jak mniemam idziemy polować na tego gościa w Glenwik, czy co innego idzie wam po głowie?
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńNo dobra, trzeba skończyć co zacząłem - spojrzał na wystraszonego kłamcę, nadal związanego wyprowadził go ze stołu i ciągnąc za liny zawlókł tam gdzie nikt tego nie zobaczy.
OdpowiedzUsuń- Jakieś ostatnie życzenie? - nachylił się szepcząc do ofiary, widział jego strach ale cóż, muszą się go pozbyć, zresztą dla niego to nie była trudność moralna. - nie mam nic przeciwko zabijaniu zwierząt...ludzkich zwierząt też nie - szepnął.
Skazaniec próbował ostatnimi resztkami sił się ratować, prosił bogów co by go wyratowali z tego lecz nic takiego się nie stało.
- Panie lituj się, nie czyń tego! - krzyknął mężczyzna.
- Teraz panie tak? - podniósł go za włosy tak że ten był na kolanach - w imieniu jej cesarskiej mości - szepnął mu do ucha i zaszlachtował mu ostrzem miecza przez gardło.
Po momencie wrzucił ciało na resztę stosu trupów i rozgląda się za następnym, miecz otarł sobie o łachy człowieka którego przed chwilą zabił.
Wolfgang stanął na progu domostwa i spojrzał na plac, gdzie składane były ciała poszczególnych ofiar całej zawieruchy. Splunął i tubalnym szeptem rzekł.
OdpowiedzUsuń- Śliski, kurwać to nie szlachta, przypierdol cepem jak się boisz do sprawy osobiście rękoma zabrać. Albo inną siekierą. Miecz zostaw na żywych.
Po czym popatrzył w kierunku chatynki z której rzetelnie zawartość wynosił Liam.
Liam ostrożnie otworzył drzwi domostwa do tej pory zajmowanego przez wiedźmę i zajrzał do środka.
OdpowiedzUsuń-Szefie -krzyknął, widząc stojącego na progu ich chaty Wolfganga. -W środku jest od chuja rzeczy, wynoszenie będzie trwało z tydzień. Jakieś zioła, flaszki, puzderka, pierdolniki. Ni cholery nie wiem co może być ważne, a co w twarz wybuchnie przy dotknięciu. Szef się na tym lepiej zna, to chociaż sprawdzi, czy miała mnie czym otruć.
Gdy Wolfgang podszedł bliżej Riv dokończył cicho.
-A jak ma co cennego to nie warto tego chłopom pokazywać, bo im się jeszcze uwidzi, ze to rekompensata za spaloną chatę i trupy będzie... -patrząc na uśmieszek młodego można było przez moment uwierzyć w stereotypy o chciwych i złodziejskich Rivach.
Calevan spojrzał na niedźwiedzia, dobrze prawił miecz zostawi w spokoju, rozejrzał się za czymś co przypominało siekierę, zamachnął się i uderzył w jedno ciało, ostrze zatopiło się..wolał nie próbować na swojej skórze, nie wiadomo z czym miała siekierka kontakt.
OdpowiedzUsuń- Dobra! Kto następny? - pytanie retoryczne -masz szczęście, szkoda mi czasu na tortury - szarpnął następnego zbója.
Zaciągnął go w to samo miejsce co tamtego - twój kumpel miał mniej szczęścia przy torturach a więcej przy egzekucji, mój miecz ostry a tu może się zdarzyć że będę dociskał i dorzynał - mówił całkiem spokojnie wywracając związanego.
- Jakby cię tu załatwić tak byś mi twarzy juchą nie ozdobił - butem przytrzymał wierzgającego i wsadził mu knebel jakby za pierwszym razem nie zabił, myślał i wymyślił, nachylił się nad skazanym.
- W imieniu jego cesarskiej mości - szepnął, skazaniec zadrżał, Calevan chciał go pohańbić? Obedrzeć ze wstydu? - nie wiem co robiłeś na ostatniej wojnie, ale masz okazję poznać naszą łaskę - podniósł się, uniósł siekierę i...nie ujebał łba za pierwszym razem, zamachnął się raz jeszcze.
- cholera mać! wiedziałem że tak będzie ale zaraz i tak mi zdechnie, o ile już tego nie zrobił - odstawił siekierę i zaciągnął ciało na stosik.
Chyba ostatni został, najwyżej Wolfgang mu jeszcze kogoś wskaże, żaden problem.
Myślał czy ostatniego lub potencjalnie ostatniego nie załatwić w wyjątkowo okrutny sposób, darował sobie jednak..jeszcze przeżyje...więc jego załatwił tak samo, z tą samą formułką, i jego ciało wylądowało na stosiku.
- Szefie, zrobione! - spojrzał na Wolfganga - Jest coś do zjedzenia? - spojrzał na Liama.
Okładki babki okazały się bardzo dobrze sporządzone - nie wymagały zmiany, ani rana nie narzucała bardziej wnikliwego leczenia. Swędziała - to dobrze - i bynajmniej nie pachniała źle. Podobnie okład na ramieniu Nolana - ten też goił się w miarę warunków dobrze.
OdpowiedzUsuńZniesione ciała drgały konwulsyjnie. Chrup wpijającego się w ciało topora budził wstręt, u niektórych z obserwatorów. Wrzaski konających i smród wydalanych ekskrementów działały niekorzystnie na wyobraźnie. Jeden z miejscowych zalecił spalić zwłoki nim zlecą się inne, czyhające wśród moczar potwory. Kilku badało sine cielska trupojadów - wyrywali im zęby i szpony. Zapytani o to odpowiedzieli, że zrobią z nich koraliki, wisiory i talizmany na wymianę z innymi ludźmi; w naturze nic nie ginie.
Kusznik nie narzucał się - brał się za pracę i sumiennie ją wykonywał. To pomagał przy zwłokach, to porządkował izbę - wypychał sienniki i zbierał jadło, którego nawiasem mówiąc było całkiem sporo: dwa bochny chleba, słój ze smalcem, dzbanek zsiadłego mleka, duży kawał sera. Jako, że lokalny folklor nie dysponował krowami, ni inną farmą, jadło otrzymywali z Alembru. Co tydzień przyjeżdżał wóz z jadłem wymienianym na zasoby, głównie drewno, zioła czy inne surowce bagien.
Wolfgang w międzyczasie dołożył jeszcze kilka zadań, poselekcjonowali broń posiadaną przez napastników, ich zasoby pieniężne. Również rzeczy posiadane przez zmarłych - Kruka i Milczka.
OdpowiedzUsuń- Dobra chłopaki, ja chcę większość strzał na swoje używanie przejąć. Jeśli ktoś jeszcze się na siłach czuje, to dzielimy się pół na pół. Broń do podziału to dwa miecze, dwa sztylety, dwa łuki z czego jeden biorę ja. Ubranie Kruka jest w całkiem niezłym stanie, bo pierwszy dostał w łeb i zmarł, a potem to tylko dziury i mało krwi bo serce nie pompowało już. Proponuję przeszywanice zachować do napraw, ale tylko to co w stanie dobrym jest. Ubrania pociąć na pasy i wygotować, będą na szarpie. Kaletki przejrzeć, choć jak widziałem, to połowa kaletki Kruka jest zawalona prosem i suszonym mięsem dla jego pupila. U Milczka za to rarytas - fajka z tytoniem i kilka patyczków alchemicznych do rozpalania ognia. Z czego sprawne są trzy. Do podziału pięćdziesiąt sześć marek.
Następnie na stole położył mały tłumoczek.
- To są rzeczy tej wariatki co miała przy sobie. Dwie szczypty fisstechu, Trochę ziół do ran leczenia. Żadnej gotowizny.
Tak spędzili czas, dzieląc zdobyte rzeczy pomiędzy siebie i uzupełniając straconą energię chlebem z omastą zagryzanym serem.
Gdy nadszedł wieczór, to dokonał podziału wart.
- Liam, skoroś taki chybki gibki masz wartę ostatnią. Nolan pierwsza warta, potem się wyśpisz porządnie. Calevan i Kusznik macie trzecią i czwartą straż a ja drugą. Bom leń.
Z swojego sakwojażu wyjął mosiężny gwizdek.
- Jak wam gardło poderżną, to w teorii ani zipniecie, ale gwizdek jednak zaćwierka. Coś się dzieje, to budźcie a nie będziecie się zastanawiać, czy ta cycata dziewoja to ofiara gwałtu czy jakaś dziwożona co nam wioskę całą wyrżnie. Zasada jest prosta. Drzwi są cały czas zamknięte. Ze sraniem i szczaniem poczekacie do zmiany warty. Nie wyczekacie, to budzicie następce i dopiero idziecie. Jasne?
Liam przyjął przydział marek po towarzyszach i spojrzał koso w stronę zawiniątka z fisstechem.
OdpowiedzUsuń-Łuk i strzały mi niepotrzebne, kiepsko mi strzelanie wychodzi, ale to bym chętnie przygarnął. -mruknął -Może się przydać jako łapówka, albo fant w grze, nie zawsze i nie wszędzie dobrze groszem sypać. A już chyba udowodniłem, że mała partyjka potrafi zdziałać cuda w konfliktowej sytuacji.
Nie słysząc protestów zgarnął narkotyk i schował do własnej sakiewki. Dokończył chleb z serem i przeciągnął się.
-No, skoro wszystko ustalone to ja się chyba rzucę spać -stwierdził. -Dość już czasu dziś na nogach spędziliśmy, a i atrakcji nam nie brakowało, trzeba to odleżeć.
Calevan skinął głową, może się trochę przespać, uwalił się w jednym miejscu szykując miecz co by mógł go łatwo dobyć a nie szarpać się w amoku bitwy. Spojrzał na Liama, uznał że nie jest to najlepsza pora na wyrównywanie niedokończonych rachunków, nie ma co narażać na szwank ani misji ani kompanii toteż jedynie uśmiechnął się złośliwie widząc jak Raven ogarnia wzrokiem worek z narkotykiem.
OdpowiedzUsuń- Dobra to niech wam złote.... - przerwał, uśmiechnął się - śpijcie dobrze - i skulił głowę w poły swojego ubrania, trzeba się porządnie przed wartą wyspać, ledwo oczy zmrużył i wydawałoby się że w śnie się już pogrążył, ale on czuwał nadal nie miał pewności czy nikt mu nie zatopi ostrza za to że jest Nilfgaardczykiem.
Nolan przysiadł się do towarzystwa. Obserwował podział majątków. Sam wypatrywał głównie czegoś małego, co schowane mogło w sytuacji krytycznej zratować mu życie. Wziął więc dla siebie sztylet, przyjął fajkę i trochę tytoniu - miał doń słabość.
OdpowiedzUsuń- Mnie strzelanie nie robi - odpowiedział i położył obok swoją tarczę. Walka trochę ją nadwyrężyła. Drobne naprawy były wskazane.
- Może być - obejrzał się na innych, umościł sobie miejsce przy drzwiach, a broń podłożył sobie pod rękę. - Możecie spać spokojnie. Obaczymy co przyniesie jutro.
Wszyscy zebrali się w izbie i jęli kłaść się do snu. Sen był głęboki, bo i zmęczenie było nieliche. Noc minęła spokojnie - nie licząc odgłosów natury, które w dość upiornej formie wydobywały się z pobliskich lasów.
OdpowiedzUsuń---
Dokąd będziecie zmierzać? Kapitan drużyny niech podejmie decyzję i ruszamy jutro z nowym rozdziałem.
Nazajutrz słońce wzniosło się ledwie, ledwie ponad korony drzew. Gęsty opar podniósł się ponad mokradła. Drużyna budziła się z twardego snu - nic złego się nie wydarzyło. Był czas na podjęcie decyzji, reperowanie sprzętu i jadło.
OdpowiedzUsuńRankiem Wolfgang przed wyruszeniem podzielił między towarzyszy to, co znaleźli z Liamem w chatce wiedźmy. Wyszło tego po kole 100 marek na osobę w jakichś klejnocikach, kolczykach czy pierścionkach. Sam zaś jeszcze zadowolony targał większą sakwę wypełnioną ziołami i innymi tajemniczymi proszkami.
OdpowiedzUsuń- Zahaczymy o Glenwik, po drodze do Alembry. Zobaczymy czy tam jakichś szkód siły niemyte nie narobiły. W Alembrze pewnie się rozstaniemy Panie Kusznik. Wy pójdziecie swoją drogą, my swoją.
Chwilkę się zastanowił.
- Iść będziem granicą lasu, blisko traktu, ale tak, żeby nas pierwszy chmyz od razu nie uwidział.
Spokojnie zapakował swój łuk w pokrowiec a lepszy z pozostałych po towarzyszach miał oparty o stół obok siebie. Cięciwy i inne rzeczy skrzętnie pozbierał i załadował do jednej z kaletek.
- No ruszamy, naprzód!
Liam, który wartował ostatni, gdy tylko zobaczył, ze towarzysze zaczynają się budzić, zostawił ich i wyszedł na poszukiwania wiktuałów śniadaniowych, bo po wieczerzy zostało im niewiele ponad pół bochna chleba, nieco sera i resztka smalcu. Grzecznością i urokiem osobistym wspomożonym faktem posiadania gotówki udało mu się załatwić trochę jajek i dwie spore cebule, a także pożyczyć patelnię, kompania miała więc w perspektywie ciepłą jajecznicę. Liam przygotował ją osobiście podczas gdy Wolfgang dokonywał podziału majątku po wiedźmie. Gdy zjedli stanowczo jednak odmówił zmywania, argumentując, że zrobił już dość. Na szczęście Nolan zgodził się go w tym wyręczyć, mogli więc oddać naczynie do czysta wyszorowane piaskiem.
OdpowiedzUsuńPrzypadający mu przydział biżuterii pracowicie porozkładał po sakiewkach i zaszewkach w ubraniu, poprawił ułożenie pasa z bronią i sakwy z resztą dobytku, po czym omiótł izbę ostatnim spojrzeniem, aby przekonać się, że o niczym nie zapomniał i stanął obok Wolfganga, gotowy do drogi.
Calevan otworzył już oczy, uśmiechnął się mimowolnie do Liama, nie wiedział dlaczego to zrobił, zaskoczył sam siebie...doszedł do wniosku że nie będzie darł z nim kotów, nie mają na to ani czasu ani sil..siły by się znalazły ale po co je marnować na głupotę, oporządził się, sprawdził uzbrojenie.
OdpowiedzUsuń- Ładnie pachnie - uśmiechnął się Nilfgaardczyk patrząc na jajecznicę, posiłek w istocie wyglądał pożywnie.
- Tak jest panie szefie - uśmiechnął się do Wolfganga który dał komendę wymarszu z Obranek.