Z komory widno dostrzegli kilka tuneli, z każdego dało się poczuć wiatr - przeciąg. Ktoś nieobyty w okolicy nijak nie zdołałby wymiarkować dokąd do garnizonu. Oni jednak mieli na usługi człeka, za lokalnego strażnika uchodzącego. Wiedział gdzie powinni pójść, choć nie była to jego własna wiedza. Szli, ostrożnie stawiając stopy, przepychając się przez ciemną, kleistą breję.
Idąc w półmroku, gdzie światło mogło uratować i zarazem ściągnąć na nich wszelkie zło, nie potrafili zliczyć czasu jaki mijał. Zdawać by się mogło, że minęły godziny choć mogły to być ledwie minuty. Im głębiej wchodzili w tunel, tym gorzej znosili własne towarzystwo. Byli zdenerwowani, rozeźleni i jednocześnie w stałej gotowości. W każdej chwili coś mogło ich pochwycić i wciągnąć w mrok. Bali się. Oglądali się trwożliwie, a ciemność maskowała ich strach. Mogli uchodzić za zuchów do czasu, gdy kto im nie przyświeci pochodnią.
Zatrzymali się zdjęci trwogą. Wszyscy zebrali się w jednym miejscu. Patrząc po sobie szukali odpowiedzi na pytanie "co to było?". Ni to ryk, ni to gulgotanie rozbrzmiało właściwie wszędzie. Moment później odczuli jak niewielka fala dociera do nich. Coś weszło do wody - niedaleko. Tunel jakim akurat szli był całkiem szeroki (spokojnie trzech mężów ramię w ramię mogło iść do przodu) choć mocno podtopiony. Woda właściwie sięgała im pod pachy. Ponad to mieli niewiele więcej przestrzeni, prawie ciemieniem po ziemistym stropie ciągnęli.